Czytałam ostatnio na jednym z blogów wpis o szczęściu i zaczęłam się zastanawiać czy ja jestem szczęśliwa. I chyba jednak nie. Nawet myśląc "w sposób" Marceliny nie mogę powiedzieć, że czuję się szczęśliwa.
Bardzo często gdy myślę o swoim życiu to wyobrażam sobie ścieżkę, którą idę. Odkąd pamiętam zawsze widzę siebie na ścieżce, do której dołączają inne, czasem przecinają się z nimi, czasem inne dołączają się na jakiś czas. Ale zawsze moja ścieżka jest jedna i nią podążam. Z różnym skutkiem. I dziś właśnie zaczęłam zastanawiać się czy ta moja ścieżka zawsze jest taka sama czy też w zależności od sytuacji życiowej się zmienia. I zdecydowanie ta druga opcja wygrywa. Dziś próbowałam przeanalizować tą ścieżkę, dojść do jakichś wniosków i spróbować może wreszcie coś ze sobą zrobić. I doszłam do wniosków, owszem. Tylko nie jestem przekonana czy te wnioski mnie cieszą czy martwią.
Idąc od samego początku mojej "kariery" najpierw ścieżka była prosta, elegancka, wygodnie mi się nią szło. Była szeroka, wiele osób mogło iść razem ze mną i tak też właśnie było. Dużo przyjaciół, jasno określone cele, dużo radości - jednym słowem szczęście. Niestety później zaczęło się komplikować. Poszłam do liceum, decyzja średnio trafna ale jednak stało się. Ścieżka zaczęła zarastać, czułam się jakbym wchodziła w głęboki las. Aż na samym końcu, gdy już widziałam koniec, potknęłam się. Jeden wystający korzeń, który mógł zdecydować o całkowitej zmianie mojego życia. I właśnie w takim momencie otrzymałam pomoc od osoby, od której najmniej się tego spodziewałam. I nigdy nie podziękowałam, przez co czuję się bardzo głupio. Może kiedyś zbiorę się na odwagę i podziękuję, mam taką nadzieję przynajmniej. A jeśli nie, to może chociaż ta osoba zdaje sobie sprawę z mojej dozgonnej wdzięczności za gest, którego nie dość że nie musiała wykonywać, to jeszcze wręcz nie powinna była. Przez ten jeden gest moje życie się zmieniło. Gdybym wtedy upadła, może następne kroki i ścieżki były by wybierane rozważniej. A tak poszłam ślepo dalej następną ścieżką. Ta była krótka, tym razem nie znalazł się już nikt, żeby mi podać rękę. Tym razem upadłam boleśnie. I ból ten sparaliżował mnie na jakiś czas. Jednocześnie zaś wzmocnił mnie. Podniosłam się jakoś, podjęłam nowe decyzje i... wróciłam na ścieżkę. Poszłam tą samą od początku, jednak nie była już to ta sama ścieżka. Byli na niej inni ludzie, tacy których nie znałam. Był nowy szlak, mimo że cel był ten sam. Ale doszło jeszcze jedno, doszedł plan udowodnienia sobie i innym, że dam radę. I dałam. Ta ścieżka była lepsza, miałam więcej samozaparcia, więcej wsparcia i dużo więcej uporu. Dużo dała mi ta droga, dużo się nauczyłam. Jednocześnie zaś dała mi dużo wiary w siebie, przekonanie że wszystko mogę. I to też było złudne. Bo w życiu okazało się, że nie wszystko przychodzi łatwo. Nie wystarczy samozaparcie, nie wystarczy chcieć i dużo się uczyć. Trzeba mieć jeszcze szczęście, którego mi brakuje...
Znalazłam następną ścieżkę, kontynuowałam drogę edukacji, następne wybory i następna wiedza. Kolejny fajny czas, ciekawa praca i studia, partner i plany na przyszłość. Wydawało mi się, że wszystko już się ułoży. I znowu następny zwrot. Może nie upadek, może nie potknięcie. Po prostu zakręt na drodze. Było dobrze, zmieniłam wszystko. Czy na lepsze... Wtedy tak myślałam. Długo tak myślałam. Byłam szczęśliwa. Były wyboje, droga nie była prosta, zrobiła się wąska. Ot dwuosobowa ścieżka. I taką pozostała, nadal jest dwuosobowa. Jednak w tej chwili czuję, że weszłam na teren bagienny. Coraz trudniej mi zrobić krok, coraz ciężej postawić stopy w nowym miejscu. Coraz ciemniej widzę teren przed sobą. I chyba ze strachu przed kolejnym upadkiem, usiadłam. I jak usiadłam tak siedzę. I jedyną zmianą jaką czuję to fakt, że bagno mnie wciąga. Zarówno psychicznie jak i fizycznie nie jestem w stanie się przemieścić. Brak mi motywacji do wstania, brak mi perspektyw. Ścieżka robi się za ciasna, brakuje mi miejsca na trzecią osobę i na przyjaciół. Brakuje mi towarzystwa, brakuje mi pracy, brakuje mi miejsca na świecie. Chcę coś zmienić, ale nie wiem co. Nie widzę dalszej drogi. Już nawet nie widzę tych wszystkich ścieżek, które mijałam, a które miały szlabany. Czasem stawałam przed taką ścieżką i czekałam aż ktoś mi otworzy. Może powinnam się włamać, przeskoczyć, jakoś obejść. Tylko nie umiem. Więc siedzę dalej na swoim bagnie i czekam aż ktoś mnie stąd wyciągnie...
I niechcący wyszedł mi najdłuższy chyba wpis w życiu ;-)