Czas na Turku

27 lutego, 2008

Płock przeprowadzony, rachunki zapłacone, wszystko uregulowane - odhaczone. Teraz czas przeprowadzić Turku. Niby powinno pójść szybciej i łatwiej, bo we dwoje. Ale z drugiej strony mieszkaliśmy tu razem 3 lata (TŻ 6) więc troszkę się nam nagromadziło. I to nic, że część już wywieźliśmy. To nic, że sporo zapewne pójdzie na śmieci. Przykre jest to, że w jakiś bliżej nie sprecyzowany sposób musimy się pozbyć mebli. Jak? Gdzie? Kiedy?! Do końca miesiąca mamy się wynieść, a my mamy w pełni umeblowane mieszkanie! Zupełnie sobie tego nie wyobrażam... Siedzę właśnie na łóżku, które za parę dni trafi do kogoś innego, do sklepu z używanymi meblami, albo wręcz na śmietnik, i myślę ileż to nocy przespałam na nim. Patrzę na regały wciąż jeszcze pełne książek i przeraża mnie wizja wynoszenia tego wszystkiego gdzieś. A co z mikrofalówką? Co z kanapą? Co z krzesłami? Parawanem? Pralką??? Co z telewizorami, fotelikami, biurkami...??? Tyle rzeczy i tylko dwa dni... Oby nam pozwolili oddać klucze w poniedziałek a nie w piątek... Echhh, przerasta mnie to wszystko. Chciałabym żeby już był marzec i cała ta przeprowadzka już się skończyła :-(

I po Płocku

23 lutego, 2008

Skończyłam. Wykończyłam się fizycznie i nerwowo, ale skończyłam. Dziś wywiozłam ostatnie pakunki, posprzątałam i oddałam klucze. Czuję każdy mięsień, nawet te, których istnienia nie podejrzewałam ;-). Tak czy inaczej jedno mieszkanko z głowy. Szkoda tylko, że kosztem brata, który leży chory po wczorajszej pomocy. Bez niego nie dałabym rady w dwa dni wyprowadzić tyle gratów, i strasznie mi przykro, że zamiast jechać na konkurs to leży teraz sam jeden w domu i choruje... Nawet narzeczona go zostawiła i pojechała do mamy, żeby nie narażać ciąży na kolejne choróbsko. Jutro będę się za to bawiła w catering - obiad na telefon;-) Chociaż tyle mogę teraz dla niego zrobić...

A dziś wieczorem to chyba się upiję. Po takiej nerwówce jak dziś sobie zafundowałam to nic tylko pójść spać albo otworzyć jakąś dobrą butelkę. Myśli moje krążą wokół cydra domowej roboty... Tylko nie wiem czy to właśnie on jest w tych butelkach, czy też piwo. Tak czy inaczej otworzę jedną i skosztuję. Może poczuję się lepiej... W końcu mam co świętować - pozbyliśmy się mieszkanka i jednej lokalizacji :-D

Dziś przeprowadzałam Płock. Dzięki Ci, Panie, za brata! Bez jego pomocy w życiu nic bym nie przywiozła. A już na pewno nie dałabym rady tej pioruńsko ciężkiej pralce, co to ją żeśmy niedawno zanabyli... Niby mała, niby fajna, ale jak przychodzi co do czego to ruszyć jej z miejsca nie można. Brat na szczęście cierpliwy i wyjątkowo dobrze nastawiony do rodzeństwa swego młodszego, na rozpaczliwą prośbę o pomoc ugiął się i pojechał ze mną. Pomógł mi sprowadzić maszynę na parter, wsadzić do auta i nawet to auto prowadził w dwie strony! Wyczyn tym większy, że dla mnie prowadzenie samochodu o długości niemalże dwa razy większej niż mój wzrost, to dość skomplikowana sprawa. Jednak jutro już sama muszę jechać. Mam nadzieję, że po raz ostatni. Do zapakowania zostało jeszcze trochę rzeczy, które może i by weszły dziś, ale wyszły by już w stanie albo mocno pokiereszowanym albo wymiętym straszliwie. A skoro i tak muszę jechać posprzątać i oddać klucze, to czemu by nie zabrać reszty na drugi rzut?

Przeprowadzka wymogła na mnie rzecz, której chciałam uniknąć. A mianowicie zostawienie TŻta samego w domu. Nie uniknęłam, zostawiłam samego. I dziś dowiedziałam się, że niewiele ponad 24 godziny po opuszczeniu przeze mnie granic Szwecji musiał wezwać pomoc. No i jak tu się nie martwić, skoro musiał dzwonić pod 112?! Jak mam wyjeżdżać i się nie bać o niego? A co gorsze nie będzie mnie jeszcze przez parę dni i wszystko się może zdarzyć... Ech, ciężkie jest życie kobiety w związku...

Na polu walki z bezrobociem - wysłałam aplikację na stanowisko, zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie dowiedziałam się, że gdzieś na świecie czekają na mnie dwa egzemplarze książki z moim artykułem. I na 3-4 cieszymy się wszyscy z kolejnej publikacji :-D

Bezsilność

18 lutego, 2008

Nie mam siły, a to dopiero początek. Wiem, że długa droga przede mną do znalezienia pracy, zaaklimatyzowania się w nowym miejscu, itp. Nastawiłam się już nawet na to, że najprawdopodobniej spędzę resztę życia w okolicy, więc zdecydowanie powinnam się jakoś "ustawić". A tymczasem wpadam z doła w dół, nic mi nie wychodzi tak jak powinno, wszystko mnie irytuje... Czasem naprawdę chciałabym się zaszyć gdzieś pod łóżkiem i wyjść jak ktoś mi poustawia życie. Nie mogę znaleźć pracy, bo nie znam języka. Nie mam pieniędzy na kurs językowy, bo nie mam pracy. I koło się zamyka. Z drugiej strony chcę coś robić, bo od bezruchu świruję. A z trzeciej strony zabawa w kurę domową robi się uciążliwa i bardzo, ale to bardzo monotonnie samotna... Siedzę w domu, piorę, zmywam, prasuję (nauczyłam się niedawno ;-)), gotuję, sprzątam, odkurzam... Jedyne moje wyjścia z domu są do sklepu po jedzenie... Świr kompletny mi grozi, jeśli nie zrobię czegoś z tym. A nie wiem już sama co zrobić. Na spacery nie mam ochoty, bo pogoda różna i nie bardzo lubię chodzić bez celu. Łażenie po lesie tutaj wydaje mi się kuszące, ale z drugiej strony ciągle jeszcze nie znam okolicy na tyle żeby się nie zgubić.

Niech mnie ktoś kopnie w cztery litery, żebym wreszcie coś ze sobą zrobiła... Albo niech mi ktoś pomoże coś zrobić, bo długo tak nie pociągnę :-(

NEET

10 lutego, 2008

Właśnie się dowiedziałam, że moje zachowanie ostatnimi czasy ma już swoją nazwę i że nie jestem jedyną na świecie... Co prawda nie wiem czy się cieszyć czy leczyć, ale zawsze miło wiedzieć "co się ma". Ciekawe jest to, że zachorowałam na to w Polsce, choć pierwsze symptomy miałam już w Finlandii. A ponoć w Polsce nie występuje...

Ciekawe czy to jest zakaźne?

Z dalekich krajów

09 lutego, 2008

No to żeśmy się przenieśli. Oczywiście nie do końca jednak, bo co trzy mieszkania to nie jedno, więc nadal połowę rzeczy mamy w Finlandii, ćwierć w Płocku, trochę w Szwecji a resztę rozłożoną po rodzinie w różnych częściach Polski ;-) Ale po co się tym przejmować... Przecież do końca lutego zostało raptem 3 tygodnie, więc może zdążymy się przenieść całkiem w kilka innych miejsc jeszcze ;-).

A tak poważniej, to chcielibyśmy wreszcie ustabilizować sytuację i zlokalizować się w jednym tylko miejscu zagranicznym. Co się z tym wiąże musimy przenieść rzeczy z Płocka i z Turku do tu albo do rodziców stron obojga. Brzmi niby prosto, ale zdecydowanie tak nie jest. Bo ponieważ nie mamy czasu ani kasy jeździć jak motorki po świecie i się przeprowadzać na już. Jeszcze ja to pół biedy - bezrobotna to mam chociaż czas, ale TŻ musi przecież siedzieć w co najmniej jednej z prac... Tak więc nie mam pojęcia jak my to zrobimy, ale musimy się jakoś zorganizować.

Żeby było ciekawiej za parę dni Tata mój idzie do szpitala, Mama ledwo chodzi po rehabilitacjach w przychodni (nie wierzcie ludziom, gdy mówią, że rehabilitacje pomagają!) a prawie-bratowa jest ciężko zaciążona, przez co brat nie ma czasu. Dzięki Bogu za życzliwych sąsiadów w kamienicy rodziców i za ich pomoc! I teraz mam dylemat, bo muszę jechać do Polski i Finlandii przeprowadzać nas, muszę tu być w sprawie rozmowy o pracę 21.02 oraz chciałabym być z rodzicami i im pomóc chociaż trochę przez ten czas szpitalny. No przecież nie dam rady być wszędzie :-( I do tego jeszcze Walentynki, które powinnam spędzić z TŻetem... Eeeechhhh!

Ktoś zna dobry program do klonowania ludzi i pieniędzy?!

Niewiedza

01 lutego, 2008

Że też ja wcześniej nie wiedziałam! Byłam w Londynie dwa tygodnie temu! Byłam na Notting Hill przez chwilę. Zwiedzałam i szukałam tego miejsca. A nie miałam pojęcia, że powinnam szukać tego! Ileż to rzeczy człowieka omija przez jego niewiedzę :-(

Muszę pojechać do Londynu znowu, dopóki pamiętam gdzie mam iść ;-)