Angina

31 marca, 2008

No to mnie dopadło. Leżę w łóżku i nie mam siły wstać po herbatę. Dopóki nie brałam leków to jakoś funkcjonowałam, a od wczoraj jestem jak taki flaczek. Mam tyle rzeczy do zrobienia a nawet nie mam siły wygrzebać się spod kołdry :-( Z reguły ludzie biorący leki czują się lepiej, a u mnie z niewiadomych przyczyn jest odwrotnie. Czyżby psychika stwierdzała, że skoro się leczę to nie mogę nic robić?

A za oknem piękna wiosna się robi. Śnieg już prawie stopniał, okna pootwierane dają mnóstwo świeżego powietrza. I ten szum lasu zza okna działa mocno kojąco... Może się chwilkę prześpię. Na pewno mi to pomoże. I potem już będę zdrowa. Tak postanowiłam i tego będę się trzymać.

Aż dziwne, ale jednak można. Na prowincji bardziej można niż w stolicy. Można być miłym i pomocnym urzędnikiem. Można pomóc, poszukać opcji, podzwonić i się podowiadywać. Można pomóc. To bardzo miłe, zwłaszcza dla kogoś, kto od paru dni spotyka się tylko z kłodami pod nogami. A jednak miła pani w Urzędzie Migracyjnym, przemiły Lasse z pośredniaka oraz spóźniony, ale jednak sympatyczny pan z SFI potrafili sprawić, że przeżyłam jakoś wczorajszy dzień. (Wino jednak nie jest moim przyjacielem, choć z drugiej strony pomaga mi się odchudzać... ) Tak czy inaczej - papiery do migracji już prawie gotowe (moje gotowe, Mężczyzna musi jeszcze znaleźć parę świstków od pracodawcy); pośredniak odhaczony - teraz tylko czekać na decyzję o zasiłku, o który walczył dla mnie Lasse, i czekać aż ktoś zechce mnie zatrudnić; no i czekanie na telefon od Hadiego, na który kurs mnie zakwalifikował i od kiedy zaczynam naukę ;-). Nic tylko się radować, że w jeden dzień na prowincji załatwiłam więcej niż przez kilka dni w Sztokholmie. Lubię moją prowincję. Moja prowincja daje mi poczucie, że jest świat miły i ładny, spokojny i zorganizowany, w którym ludzie są przyjaźni a śnieg czysty (już prawie tydzień leży i nic!).

I czegóż tu chcieć od życia więcej? (poza końcem bólu głowy...)

Święty Biurokracy

25 marca, 2008

Ponoć w Polsce biurokracja jest straszna. Otóż tu też nie jest tak różowo... Próbując zapisać się do pośredniaka, w każdym z trzech jego filii (nie odwiedziłam jeszcze wszystkich w mieście, ale nic straconego...) dowiedziałam się za każdym razem nowych rzeczy, które jeszcze muszę spełnić, żeby móc się zapisać. A na koniec jeszcze usłyszałam, że właściwie to po co się zapisuję, skoro nic mi to nie da? Żadnych pieniędzy mi nie dadzą, żadnego ubezpieczenia... a ogłoszenia to sama mogę oglądać w sieci. No po prostu super!

Jutro idę do następnej filii, tym razem w innym mieście, bo ponoć do tamtej to tak nie bardzo się nadaję, no chyba że się uprę. Ale i tak najpierw muszę się zapisać w swojej gminie, a potem najwyżej przenosić. Do tego dziwnym trafem nikt wcześniej mi nie powiedział, że muszę mieć specjalne pozwolenie na pracę, zgodę na szkolenie językowe i inne "drobiazgi" przez które jeżdżę w kółko jak kot z pęcherzem od jednego biura do drugiego. Nie wspominając już o tłumaczeniu papierów z jednego języka na inny, nostryfikacji dyplomów nie wiadomo po co, czy też samym szukaniu pracy - bo na to już mi czasu zaczyna brakować.

Ale nie jest źle... Już za parę miesięcy będę w stanie samodzielnie pozałatwiać wszystko w płynnym języku urzędowym, a nie zgadując czasowniki i udając, że wiem co do mnie mówią. Jeszcze tylko parę miesięcy... To już całkiem niedługo, prawda?

Obżarstwo

23 marca, 2008

Jeden z grzechów głównych. Jeden z grzechów popełnionych przeze mnie dziś. Wszystkiemu winne jest łakomstwo i fakt, że (bez fałszywej skromności to powiem) oboje całkiem nieźle gotujemy :-) I tak oto, zamiast skromnych świąt, zamiast małych posiłków (bo po co gotować dużo dla dwojga?) obżarłam się dziś jak daaaawno... I niby wszystkiego po troszku, niby tylko jedno jajko i dwie kiełbaski na śniadanie... Niby trochę ryżu i ćwierć pieczonego kurczaczka (mniejsza ćwierć, skrzydełko i pół piersi)... Niby dwa mufinki... Niby kawałek panna cotty z truskawkowo-balsamicznym sosem... A wszystko razem sprawia, że ledwo oddycham. I nie zjadłam tego na raz! O nie! Jadłam to przez cały dzień, od rana. Ledwo żyję... Czas na gorącą herbatę (dobra na trawienie) i bezruch. Muszę choć troszkę strawić zanim wstanę z fotela :-)

A na jutro zostało co najmniej drugie tyle... Nawet sałatki nie ruszyliśmy przecież!

Święta, Święta...

22 marca, 2008

I oto kolejne święta nadeszły. Tym razem nasze pierwsze wspólne na obczyźnie. Do tej pory jakoś zawsze udawało nam się pojechać do kraju, spędzić czas z rodziną, itp. Teraz siedzimy w Szwecji i... dobrze nam tu. Znaleźliśmy kościół katolicki, w którym polski ksiądz poświęcił nam dziś święconkę, zjedliśmy żur z białą kiełbasą i jajkiem, naszykujemy jeszcze jutrzejsze śniadanie i obiad i będziemy się cieszyć swoją obecnością. W sumie święta jak święta, spokój, cisza i trochę dobrego jedzenia. Może nie do końca wszystko wyszło nam tradycyjnie (bo kto to widział święconkę bez chleba, borówek, bukszpanu, kurczaczków i baranków, a jedynie z solą, pieprzem, jajkami, białą kiełbaską... gałązką bazylii i mufinkiem? ;-) Nic nie poradzę na to, że chleba praktycznie nie jadamy... a świąteczne mufinki już były gotowe ;-) Brak makowca czy sernika na stole wynagradzamy sobie właśnie mufinami i pannacottą... Zamiast pasztetu będą paszteciki warzywne. Zamiast tradycyjnego obiadu z dwóch dań z różnymi mięsami będzie faszerowany kurczak z ryżem... Ale chyba nie o to chodzi, żeby jedzenie było tradycyjne. Bardziej chyba powinno zależeć nam na obecności tej drugiej, bliskiej osoby. Na świętach rodzinnych, a my przecież jakby nie patrzeć taką rodzinę chyba już tworzymy...? Szkoda mi jedynie, że nie możemy być razem z rodzicami w tych dniach. Ale nie da się mieć wszystkiego. Już za parę tygodni znowu ich zobaczę i znowu przez jakiś czas będziemy razem. Czas jednak przejść na wyższy poziom życia i zacząć spędzać święta z osobą, z którą spędzam życie... Czyż nie?

Poszukiwania

19 marca, 2008

Jako posiadaczka kolejnego już w życiu numeru, mogę zacząć szukać pracy na poważnie. No więc zaczęłam... Właśnie przed chwilką skończyłam wypełniać formularz CV na stronie (chyba) Urzędu Pracy. Zajęło mi to bagatela 1,5 godziny, ale czego się spodziewać po formularzu liczącym miliardy stron i będącym w prawie całkiem obcym mi języku? Po raz kolejny przekonuję się, że bez znajomości języków we współczesnym świecie człowiek po prostu ginie. I nawet słowniki nie pomogą gdy brak jest podstaw gramatycznych. Na szczęście jakoś sobie dałam radę (z pomocą Mężczyzny) i teraz z czystym spokojem mogę zająć się obiadem.

Nudne jest życie kury domowej :-(

Personnummer

17 marca, 2008

No to otrzymałam swój numer. Teraz jestem pełnoprawną rezydentką Szwecji. I chociaż list z numerem przepadł gdzieś w przestrzeni pocztowej, to jednak cudem udało mi się go otrzymać od pani z Urzędu. Cud polegał na tym, że musiałam przeliterować swoje imię i nazwisko... najlepiej po szwedzku... używając szwedzkich imion... No niech mi ktoś mądry na poczekaniu wymyśli 20 imion zaczynających się na litery z moich danych. Odpuszczę drugie imię, bo i tak wiem, że nie znajdę szwedzkiego imienia na literkę ż ;-) Ale mam numer (o ile dobrze zapamiętałam szwedzki odpowiednik polskich liczb ;-)) i teraz mogę już starać się o wpisanie na listę bezrobotnych! I mogę iść na kurs... I mogę brać kredyt... I mogę robić dużo fajnych rzeczy ;-) To idę wyjąć pranie z pralki ;-)

Powiem tyle - brat mi się wreszcie ożenił! Mam bratową i to taką oficjalną! I to tyle na razie, bo do tego wszystkiego mam też jakieś paskudne choróbsko i trochę roboty... Ale mam te nadzieję, że niedługo mi przejdzie i znowu będzie dobrze. Tak więc czas na leki i do roboty. A później spaaaaaać...

Koniec!

05 marca, 2008

Napisałam całą notatkę i wcisnęłam zły klawisz - i jak tu nie mówić o bezmyślności? A taka ładna była...

A wracając do tematu - koniec przeprowadzek! Przedwczoraj po raz ostatni pojechałam do Turku. Wczorajszy dzień spędziłam na pakowaniu, pakowaniu, sprzątaniu, segregowaniu, pakowaniu, wyrzucaniu, pakowaniu, wyrzucaniu, wyrzucaniu, wyrzucaniu... pakowaniu resztek i drodze do Szwecji. No i dojechałam :-) I po drodze nawet oddałam klucze do administracji (dziś dzwoniłam i już wiem na pewno, że znaleźli je w skrzynce na listy, mimo moich obaw ;-)) Tak więc mieszkanko przeprowadzone i oddane. Wielkie zasługi w tym ma zaprzyjaźniony z TŻetem Fiński Arab z Maroka ;-) Gdyby nie on i jego znajomi to w życiu bym sobie pewnie nie dała rady (albo kosztowałoby mnie to masę czasu, nerwów i wysiłku). I mimo, że wiem, że tego nie przeczyta to jednak to napiszę - Józefie! Dzięki za pomoc!!!

A wracając do samej przeprowadzki, to bardzo się cieszę, że to już koniec. Że mam już za sobą tą całą kołomyję związaną z przenoszeniem się z miejsca na miejsce. Nie mam siły na to już chyba. Może się za stara zrobiłam, albo cały miesiąc jeżdżenia i załatwiania to jednak za dużo. Tak czy inaczej to już koniec. Zostało nam "tylko" rozpakowanie auta (pełnego po dach) rzeczy, rozparcelowanie tego po mieszkanku i dokupienie paru mebli, żebyśmy wreszcie przestali chodzić po książkach ;-) Niby niewiele, ale z drugiej strony ciągle jeszcze coś. A ja na dodatek się wczoraj przeziębiłam. Kto to słyszał, żeby w marcu było -4 stopnie, wiał solidny wiatr i sypał śnieg?! No i kto to widział, żeby biednemu zmarzlakowi spakować czapkę bez pytania... Efekt jest taki, że siedzę w domku, otulona szlafrokiem TŻta, zjadam śniadanie-niespodziankę, którą zastałam dziś na stole wracając z promu, oraz zbieram siły na wyprawę do sklepu i rozpakowywanie autka. I mam nadzieję, że do soboty mi przejdzie, bo kto to widział kichającego i kaszlącego świadka?!

Podsumowując - marzec 2008 oznacza dla mnie koniec z pakowaniem, koniec z nerwami, koniec z terminami ostatecznymi, koniec ze sprzątaniem (przynajmniej pustych przestrzeni ;-)), jak również koniec z Turku - miastem, które przez ostatnie 3 lata zdążyłam pokochać, koniec z Płockiem - którego nie jestem w stanie pokochać, i mam nadzieję, że koniec z bezrobociem, bo mam zamiar znaleźć pracę i wreszcie wyrwać się z domu! I koniec z moim ukochanym widokiem na las, niebo i śnieg... Za to tu mam las, niebo i rzekę, więc może też się zakocham ;-) Poczekam do lata, aż pojawią się liście i wreszcie las będzie wyglądał jak las a nie pojedyncze drzewa stojące w jednym miejscu ;-)


A później, jak już wszystko będzie gotowe to porobimy zdjęcia i pokażemy światu jak wygląda nasz nowy dom ;-)

Przerywnik

01 marca, 2008

W ramach przeprowadzkowej głupawki coś znalezione na blipie Zuzanki, która z kolei znalazła to na blipie Wonderwoman.


(To ja w Park Guell w Barcelonie podczas sylwestrowego wypadu w świat :-))