Ciemność

21 kwietnia, 2008

Być może to głupie. Nie, to na pewno jest głupie. 30-letnia kobieta bojąca się ciemności... Ale tak właśnie jest. I uświadamiam to sobie za każdym razem gdy muszę przejść przez ciemne mieszkanie. A tym bardziej gdy mieszkanie to jest puste... To irracjonalne i nienormalne, wiem. Ale mimo to boję się ciemności w pustym mieszkaniu. Kiedyś wyczytałam, że taki strach w głównej mierze dotyka osoby z nadmiernie rozwiniętą wyobraźnią. Nie wiem czy to pozytywny opis, ale faktycznie w mojej głowie kłębią się tysiące myśli i obrazów, co może mnie spotkać za załomem, w następnym pokoju, w kuchni... Strach ma wielkie oczy, a w ciemności świecą bardzo mocno. Boję się przemieszczać gdy nie wiem co jest za drzwiami. To samo mam w ciemnych zakątkach parku, w lesie, na przystanku... wszędzie tam, gdzie nie dochodzi promień światła. I o ile mniej się boję w lesie, gdy nie mam zapalonego światła, a jedynie naturalnie oświetlenie typu księżyc, o tyle gdy mam świadomość, że sama jestem świetnie widoczna to narasta we mnie panika. To kretyńskie uczucie towarzyszy mi odkąd pamiętam, i tak samo długo z nim walczę. Pewnie, nie przyznawałam się do tego prawie nikomu, bo jak to brzmi - dorosły człowiek bojący się własnego mieszkania... Ale z drugiej strony może nie ja jedna tak mam? Może ktoś zna dobry sposób na walkę z ciemnością? Dodam, że zapalone światła we wszystkich pomieszczeniach nie bardzo pomagają, bo kiedyś te lampy trzeba zgasić, a w tym samym momencie, na dźwięk pstryczka wyłącznika wszystko co złe wychodzi z kątów... Strach się bać!

I tym optymistycznym wpisem kończę dzisiejszy dzień i, próbując przeżyć drogę, udaję się do łóżka z książką oraz na zasłużony spoczynek.

Słomiana wdowa

21 kwietnia, 2008

Mój Mężczyzna mnie opuścił. Pojechał sobie. Do Hiszpanii. Do ciepła. Do ludzi. Na konferencję. Pojechał i nie wróci długo. A potem pojedzie dalej, do Warszawy. Na konferencję. Chyba. Pojechał i już. I tak do końca tygodnia. A ja tu siedzę sama i nie mam co robić. Nagle się okazało, że nie mam nic do robienia, co nie jest związane z nim i nami. Źle mi z tym... Został mi tylko kurs szwedzkiego i gotowanie dla jednej. Nie bawi mnie wymyślanie jedzenia dla siebie samej. Nie bawi mnie siedzenie w pokoju i czekanie aż coś się stanie. Źle mi. Smutno mi. Samotnie. Chyba jestem zwierzęciem stadnym. Potrzebuję tupotu nóg, żeby wiedzieć, że nie jestem sama na świecie. Na szczęście za oknem dzieciaki krzyczą, to wiem, że istnieje życie na tej planecie. Ale co z tego, skoro siedzę sama samiuteńka...

Dziś w pośredniaku okazało się, że żeby dostać zasiłek muszę przepracować choć jeden dzień w Szwecji. Muszę znaleźć firmę, która mnie zatrudni na chwilkę. Lasse spytał mnie czy któryś z moich przyjaciół czy znajomych mógłby... a ja nie mam znajomych ani przyjaciół tu. Mam tylko Mężczyznę i pustkę. I kilka kwiatków, które mi usychają, nie wiem czemu. Kwiatki mi nie dadzą pracy niestety... Sama sobie też nie dam. A w firmie gdzie chciałam bardzo powiedzieli, że już mają kogoś kto nic nie umie i nie potrzebują więcej :-(. Smuteczek...

W piątek ruszam do Polski, a nuż coś ciekawego mi się uda tam załatwić... A jak nie to chociaż pobędę z rodzinką - to bardzo ważne. Będę mogła z kimś rozmawiać znowu, posłuchać jednego języka i spróbować się dobrze bawić. A potem znów zatęsknię za swoim miejscem na ziemi i wrócę do wielkiego, pustego (przez większość dnia) mieszkanka... Echhh...

Kulinarnie

19 kwietnia, 2008

Jest sobota, piękny dzień. Zachciało nam się czegoś dobrego, a co może być lepszego niż ciacho? No to zrobiłam ciacho, kruche ciacho a'la tarta. Tylko, że forma okazała się być nieco mniejsza niż zaplanowałam i z tego wszystkiego wyszły mi dwa... Tak więc chętnych zapraszam na sobotnią "tartę" z jagodami i bitą śmietaną oraz na "tartę" z jabłkami i cynamonem. Do tego serwujemy niemal każdy rodzaj herbaty jaki można wymyślić, tudzież kawę (w zdecydowanie mniejszym wyborze) ;-).

A poza tym słońce za oknem powoli zbliża się do horyzontu, niedługo zacznie się zmierzch... a ja ciągle nie mam pomysłu na obiad. Dobija mnie czasem gotowanie. A właściwie nie gotowanie a wymyślanie co by tu ciekawego zrobić... Pewnie dziś przepadnie mi ta przyjemność, bo dwa ciasta mogą nam wystarczyć na cały dzień ;-). A jak nie... to może... Trójkolorowe "tagliatelle" z makaronu, marchewki i cukinii z odrobiną oliwy z oliwek i przypraw...? Albo zapiekanka ziemniaczano-porowa... Albo zupka chińska na dobranoc. Zobaczymy co przyniesie wieczór. I to jest najpiękniejsze w weekendach - bez pośpiechu, bez stresu, jemy kiedy chcemy celebrując przygotowania i samo jedzenie. A potrawa nie musi być skomplikowana, po prostu musimy mieć na nią ochotę.

Zapraszam więc na ciacho, herbatę i... może jakiegoś drinka? Czym chata bogata!

Wykończona

16 kwietnia, 2008

Szkoła mnie wykańcza. Nie wiem jak to możliwe, że dzieciaki są w stanie spędzić tam cały dzień i jeszcze mają siłę na inne rzeczy. Może to monotonia jednego przedmiotu, może fakt, że z jedną kobietą cały czas, albo zwyczajnie za stara już jestem na siedzenie od rana w szkole i uczenie się pierdół. Bo tak w sumie można nazwać to powtarzanie przeze mnie wszystkiego od początku. Nie to, że narzekam na tempo, ale jednak mogłoby iść nieco szybciej. Z drugiej strony jednak, gdy pomyślę, że musiałabym jeszcze dodatkowo myśleć to aż mnie skręca.

Naprawdę nie wiem czy to ja aż tak odwykłam od wstawania i robienia czegoś rano, czy też na starość potrzebuję więcej snu... faktem jest, że przychodzę z kursu koło 12:30 i jestem nieprzytomna ze zmęczenia. Najordynarniej w świecie marzę tylko o tym żeby iść spać. Niby cały dzień przede mną a ja już nie kontaktuję. Chwila snu co prawda załatwia wszystko i znowu mogę działać, ale chyba nie o to w tym chodzi?! Normalnie ludzie idą do pracy na 8, wracają po 17 i dalej są w stanie robić coś w domu. Ja wychodzę o 8, wracam po 12 i umieram. Strach pomyśleć co będzie dalej... Obym się przyzwyczaiła, bo inaczej czarno widzę tą szkołę. A skończyć kurs chcę i muszę.

Czy ktoś ma jakiś sposób jak sobie dać radę z tym wszystkim??!

No to zaczęłam

14 kwietnia, 2008

Oczywiście kurs, bo na nic innego jakoś nie wystarczyło mi energii. Co więcej okazało się, że jednak myślę przed godziną 11 i jakoś udało mi się odpowiednio pokierować sobą żeby osiągnąć coś innego niż zamierzałam. A mianowicie okazało się, że poziom, na który wysłała mnie szkoła jest ciutkę za wysoki. Bez żadnego testu czy innego sprawdzania mojej wiedzy, ot tak bo powiedziałam, że rok to pewnie tak było (a o tych 2 latach przerwy to jakoś im się zapomniało lub też nie usłyszało...). No i wylądowałam w grupie, z której niemalże nic nie rozumiałam. Może to ta godzina była, może faktycznie mój poziom nie jest tak wysoki jak sądzili, a może wszystko razem - faktem jest, że zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z kobietą, że coś jednak nie jest ok. Już po chwili tuptałam na piętro wyżej do niższej grupy (ironia?) aby przekonać się, że niższa jednak jest sporo niższa... Ale za to dużo intensywniejsza. I tak zamiast 3 razy w tygodniu mam zajęcia 5. 2 x 1,5 godziny zegarowej, czyli 4 x 45 minut, plus półgodziny na oddech. Będzie fajnie ;-). Co więcej to zajęcia w tej grupie rozpoczęły się już wcześniej, a ja do niej niejako dołączyłam w trakcie. Całe szczęście, że to niezbyt wysoki poziom, to szybko sobie przypomnę co i jak i będę mieć nadzieję, że trochę przyspieszą z nauką. A na razie czekają mnie upojne 2,5 miesiąca nauki podstaw.

Żeby zaś nie było tak różowo to w grupie dominują Polacy. Ktoś pomyśli, że fajnie. Ale tak nie jest. Jeśli ktoś kiedyś spotkał Polaka zagranicą, i to takiego który tam żyje i króluje, to wie o czym mówię. Reszta musiałaby się przekonać na własne uszy (głównie) jak to jest. A nie jest fajnie. Nie mówię już nawet o przechwałkach, typu "przywiozłam tydzień temu skrzynkę wódki i już wypiliśmy" bo to to byle student potrafi. Chodzi mi bardziej o kurwowanie i pieprzenie (za przeproszeniem ogółu) w trakcie zajęć, o zagłuszanie lektorki całkowicie i tłumaczenie swojego braku w rozumieniu jej błędnym tłumaczeniem. Jak to możliwe, że nie mówiąca po angielsku osoba jest w stanie nauczyć się mówić po szwedzku w czasie takiego kursu, a mówiąca po angielsku (i oczywiście polsku) nie potrafi nawet usłyszeć poprawnie odpowiedzi na własne pytanie? Nie wspominam o zadaniu tego pytania w zupełnie innym brzmieniu niż się wydaje osobie mówiącej... Może jestem już zmanierowana. Może jestem dziwna. Może nie pojmuję wielu rzeczy, ale jeśli ktoś idzie na kurs językowy, kurs języka kraju w którym przyszło mu mieszkać, ma ten kurs za darmo, dostaje wszelkie pomoce naukowe jakie tylko może chcieć (również za darmo) i ma opiekę lektora mówiącego biegle w co najmniej jednym języku wspólnym z uczniem, to dlaczego nie potrafi się nauczyć?! Nikt nie zmusza do tych kursów, są jak najbardziej dobrowolne. Owszem, żeby dostać sensowną pracę, trzeba mówić po szwedzku. Ale nie wszyscy muszą przecież pracować w sensownej pracy, a już na pewno nie muszą pracować w Szwecji. Więc jeśli rząd szwedzki i urzędy miast i gmin, w swej niezmierzonej dobroci i życzliwości, oferują imigrantom taką możliwość, to może warto chociaż spróbować się nauczyć, albo nie przeszkadzać w nauce innym. A ja dziś, dzięki kilkudziesięciu kurwom zza pleców, nie usłyszałam wielu ważnych zapewne słów, ze strony lektorki. Musiała powtarzać pytania (wielokrotnie) bo grupa Polaków z tyłu uważała, że lepiej odpowiedzieć "O co jej kurwa chodzi? O czym pieprzy? Czego chce ode mnie?" niż poprosić o powtórzenie pytania lub też wytłumaczenie bardziej opisowo. Już się nie dziwię, że świat ma taką a nie inną opinię o Polakach. I nawet nie zdziwiło mnie moje własne, nieświadome zachowanie, gdy w czasie przerwy wolałam zasięgnąć języka o kursie u Turczynki i Kurdyjki nie mówiącej po angielsku oraz u samej prowadzącej, niż pytać "rozkurwione" towarzystwo we własnym języku. I z pewną taką dozą pewności wiem, że następnym razem zapytam Kubańczyków, Chinki albo Irakijkę, a dopiero na samiutkim końcu zwrócę swą twarz do tamtego towarzystwa.

Jutro

13 kwietnia, 2008

Od jutra zaczynam kurs. Będę się uczyć. Nie wiem jak długo wytrzymam, ale mam nadzieję, że długo. Jutro się dowiem, czy na kursie poznam jakichś sensownych ludzi. Czy wreszcie będę miała jakichś znajomych w ogóle. Już jutro przekonam się ile pamiętam ze szwedzkiego. Jutro też może dowiem się jak długo będzie trwał ten kurs i czy będę miała wakacje w tym roku. Jutro też być może będę w stanie powiedzieć czy i na jak długo wybiorę się do Polski w maju. Może dopiero we wrześniu mi się uda wyrwać...

Jutro to piękne słowo. Od jutra można wiele rzeczy zaplanować... i niewiele zrobić ;-) Zawsze wszystkie zmiany staram się wprowadzać od jutra, bo przecież wiadomo, że niczego się wtedy nie zrobi. Wszak jutro to jutro ;-) Pewnie powinnam zmienić sposób myślenia i zaczynać dziś, ale komu by się chciało zmieniać plany w ciągu dnia? Przecież inne rzeczy można by zaplanować na jutro. Bo jutro też jest dzień.

Tak więc udanego jutra wszystkim życzę!

Piękna 30-letnia

12 kwietnia, 2008

I po urodzinach. Jestem teraz kobietą dojrzałą, 30-letnią przedstawicielką swojego gatunku ;-). Dzień był cudowny (chyba drugi raz odkąd pamiętam nie padał śnieg!). Pyszny obiad, który nie ja ugotowałam ;-). Spacer po mieście. Życzenia od najbliższych i tych trochę dalszych. Przecudny prezent. Prześliczny kwiatek. Ogólnie super! Lubię obchodzić urodziny, nawet jeśli z każdym rokiem robię się starsza i (jak to jeden znajomy ładnie powiedział) gdy muszę iść na zakupy żeby wymienić wszystkie "kremy do lat 30" na "kremy 30+" ;-). Lubię gdy ten dzień jest choć trochę inny. Gdy mogę go spędzić z bliskimi mi ludźmi i gdy dowiaduję się kto w ogóle o mnie pamięta. I nawet samodzielne robienie tortu dla siebie może być zabawne, bo chociaż wiem, że będzie mi smakował i będzie mój :-) A że wyglądem daleko mu do artyzmu to w niczym nie przeszkadza. Najważniejsze, że był, że był mój, że nie był słony ;-) i że jeszcze odrobina go została! :-D

http://www.flickr.com/photos/akozka/2406648219/

To był wspaniały dzień!

No cóż

10 kwietnia, 2008

Byłam pewna, że wczoraj napisałam notkę... Byłam tego tak pewna, że się strasznie zdziwiłam, że jej tu nie ma. Powinna być. Przecież pisałam. Dziwne... No ale skoro jej nie ma, to w tej dopiszę to, co wydawało mi się, że opisałam już wczoraj. I tylko nurtuje mnie pytanie - to moja psychika nawala i tak naprawdę jej nie napisałam, czy też jakieś cuda się dzieją na moim joggerze i zwyczajnie "znikło". Może nie ten przycisk... Wszystko być może.

Z ciekawostek przyrodniczych - od poniedziałku idę się uczyć. W moim wieku to już tylko szkoły dla dorosłych zostają ;-) ale lepiej późno niż wcale ;-). Uczyć się będę języka. Tutejszego. Może się "naumiem" i wreszcie nie będę patrzeć na panią w sklepie jak ciele, gdy mówi mi, że karta nie działa albo że ten rabat to nie na ten produkt ;-). Za kilka miesięcy to ja będę mówić! Chyba, że jak zwykle mi się znudzi wcześniej i wyjdzie jak zawsze... Tak czy inaczej jest to moje małe zwycięstwo nad systemem społecznym, bo uczyć się będę za pieniądze podatników. Nic więc nie tracę, a dużo mogę zyskać.

Następna ciekawostka to fakt, że już w sierpniu będę ciocią. Wiem to co prawda już od grudnia, ale dopiero od wczoraj wiem, że będę ciocią dla osobnika płci męskiej. Czyli jednak moja wizja kupowania Młodemu kondomów nie jest pozbawiona sensu ;-) Na podryw z nim nie pójdę, ale zawsze lepiej dogadywałam się z chłopakami ;-) Już za parę lat będziemy razem bawić się w małego chemika, łazić po lesie tudzież grać w WoWa (jeśli jeszcze będzie istniał). Z dziewczynką musiałabym łazić po sklepach, a to nie jest moje ulubione zajęcie ;-). No i ten róż... Kto wie od jakiego wieku chłopak może chodzić w glanach i martensach? W sensie jaki jest najmniejszy możliwy rozmiar tego obuwia? ;-)

No nic, idę wymyślać następny obiad, bo jednak bratanek ani nauka nie zwalniają mnie od bycia kurą domową na pełen etat. Z przyjemnością przeczytam jakieś fajne propozycje obiadowe, bo już mi się pomysły kończą. Zapytam więc kretyńsko - a co u Ciebie na obiad?

Lubię

04 kwietnia, 2008

Lubię nasze nowe mieszkanko, gdy słońce tak cudnie świeci. Lubię mieć zachodnie okna, bo jest dużo ciepłego światła. Lubię siedzieć w tym świetle i napawać się tym uczuciem lubienia. Lubię okolicę, jest zielono, słonecznie, czyste powietrze. Lubię spokój, jaki mam za oknem. Lubię te sporadycznie przejeżdżające samochody za to, że robią to sporadycznie. Lubię wiedzieć, że ta nasza mieścina jest naprawdę spokojna. Dziwne, ale lubię ten spokój.

A uświadomiła mi to wszystko dzisiejsza poranna rozmowa z gośćmi, którzy stwierdzili, że niesamowicie tu jest. Tak cicho, spokojnie i czysto. Nie to co w Berlinie. No pewnie, że nie - tu jest Szwecja! Tu się żyje przyrodą :-D

Ustalenia ustaleniami...

03 kwietnia, 2008

a ludzie i tak w ostatniej chwili zmieniają decyzje. I niby to oczywiste, niby powinnam przywyknąć. Ale jak tu przywyknąć, skoro ludzie zawracają głowę, marudzą, itp a potem i tak stwierdzają, że w sumie to nie. Brzmi znajomo? A jak powiem, że chodzi o możliwość przenocowania się u nas za darmo, z wyżywieniem i niejako obsługą turystyczną? A ludzie po miesiącu ustalania, dopytywania się, itp. na dzień przed przyjazdem po moim pytaniu o której będą stwierdzają, że tak właściwie to nie będą, bo... Ręce opadają. Na szczęście jest opcja, że wszystkie te przygotowania, sprzątanie, nastawianie się psychiczne, nie pójdą na marne i przygarniemy jakichś "last minute". A wszystko to dotyczy oczywiście serwisu couchsurfing , który w zamierzeniu jest fantastyczną instytucją, dopóki ludziom zależy. Bo jak przestaje zależeć to i idea upada. I zaczynam wtedy dochodzić do wniosku, że jednak bycie życzliwym nie zawsze jest mile widziane przez innych. Dużo łatwiej jest być wykorzystanym niż usłyszeć "dziękuję". (Łatwiej, w sensie bardziej prawdopodobne.)

Nic to, Baśka! Idę do sklepu. W końcu nie samymi gośćmi się żyje i jeść coś też czasem trzeba. Tak na własny użytek ;-)