Promotor...

29 maja, 2008

Sama już nie wiem czy mi bardziej głupio czy jestem wściekła. Próbuję skończyć studia, a właściwie bazując na nich zdobyć trochę pieniędzy na życie. Jak każdy dobrze wie, za doktorat teoretycznie płacą. Nie za napisanie, ale za pisanie - dostaje się jakieś tam stypendium czy inne dofinansowanie. Teoretycznie, bo ja przez pierwsze 3 lata nie zobaczyłam ani centa. Dopiero w 4 roku pan promotor łaskawie dał mi pieniądze ze szkoły doktoranckiej, żebym szybciej skończyła. I było by ok, gdyby nie fakt, że w ciągu tego roku więcej czasu spędziłam na przeprowadzkach i szukaniu pracy niż na faktycznym pisaniu pracy. Od stycznia znowu jestem bez gotówki i żeby było śmieszniej utkwiłam w martwym punkcie. Ani widoków na kasę ani na pracę, a pisać niby trzeba. Fakt, że niewiele robiłam... ale pan promotor też nie wykazał się jakimś strasznym zainteresowaniem moją osobą - przez te kilka lat widywałam go tak rzadko, że pewnie miałabym problemy z poznaniem go na ulicy (no dobra, przesadzam - jest tak brzydki, że trudno go zapomnieć ;-)). Więc gdy wreszcie pojawiła się wizja pieniędzy i gdy mogłabym spokojnie dokończyć pisanie, mając zapewnione następne kilka lat życia w spokoju, to on mi stwierdza, że nie napisze mi rekomendacji. Bo on nie wie czy ja skończę te studia u niego. Nic go w sumie to nie kosztuje, a miałby mnie z głowy, ale nie... On musi pokazać teraz, że jest górą. Że to on decyduje o mojej przyszłości. Aż mną trzęsie gdy o tym myślę. Muszę teraz na gwałt znaleźć dwie osoby, które kiedykolwiek miały ze mną jakieś zajęcia, żeby napisały mi list, że niby jestem dobra w tym co robię. Tylko, że wszystkie zajęcia miałam z nim! I koło się zamyka... a mi przechodzi obok nosa spora kasa i stabilizacja na dłuższy czas. Na pewno jest w tym moja wina też, bo przecież mogłam mu na siłę wysyłać wszystko, nie bacząc na brak jakiejkolwiek reakcji, ale chyba nie o to chodzi u promotora, żeby dostał i nawet nie zajrzał do pracy przez ileś lat. W końcu nawet moja cierpliwość się musiała skończyć. A smutne jest to, że ma teraz nową doktorantkę i traktuje ją dokładnie tak samo jak mnie na początku, a ona mi nie wierzy jak to się dalej może potoczyć :-( Żal mi jej. I żal mi mojej potencjalnej pracy :-(

Ot, smutno mi...

Zmęczonam

27 maja, 2008

Ciągle jestem zmęczona. Śpiąca. Nie wiem czemu, przecież pogoda śliczna a i śpię ostatnio nie tak mało. Fakt, że mniej niż kiedyś, ale przecież ciągle to jeszcze jest tych 6-7 godzin na dobę. I jakaś taka rozlazła się zrobiłam. Niby wszystko jest ok, ale jednak... Coś jest nie tak. Może to faktycznie antybiotyki mnie wykończyły, może nie do końca jeszcze jestem zdrowa. A może zwyczajnie czas na jakąś przerwę czy zmianę. W piątek ma przyjechać dziewczyna z CS a ja nie mam siły nawet myśleć gdzie ją zabrać czy co pokazać. Ot zwyczajny brak sił do życia.

Myślałam, żeby dla poprawienia nastroju, zrobić coś dobrego do jedzenia. Zawijasy mi się dziś nie udały, bo za małe mięso wzięłam i wyszły zrazy. Ale może czas na coś słodkiego? Może ciastka francuskie z powidełkami? Albo lody? A może pieczone jabłka...? Albo coś z czekoladą... Sama nie wiem na co mam ochotę. A prawdę mówiąc to wiem - na żadne z powyższych. W sumie to nawet jeść mi się nie chce. Zdecydowanie jestem chora :-(

Szukam lekarstwa na swój stan...

Aż wstyd...

16 maja, 2008

Życie w społeczności wielonarodowościowej i obracanie się wśród ludzi pozwala na spojrzenie na różne aspekty życia z różnych stron. Przywykłam już do nazywania Polaków mafią, bo faktycznie trzymają się razem, a im więcej "nas" tym gorzej (w końcu im więcej tym lepiej, nie?). Z góry zastrzegam, że ja osobiście nie widzę miejsca dla siebie w tej mafii. Owszem, kiedyś, gdy przyjechałam pierwszy raz do Finlandii, marzyłam żeby otaczać się Polakami, bo przecież zginę wśród innych nacji. Po paru tygodniach mi przeszło i marzyłam już tylko, żeby tych Polaków uniknąć. Ale nie o tym chciałam napisać.

Wszyscy wiedzą, że Amerykanie siedzą w Iraku i próbują zaprowadzać tam spokój poprzez wojnę. Polacy też tam siedzą i robią mniej więcej to samo. Trąbi się o wyjściu wojsk, itp. ale jakoś nikt zbyt wiele w tym celu nie robi. Ja natomiast odbyłam dziś wielce pouczającą rozmowę z kobietą, którą zaczynam szczerze podziwiać. Na imię ma Ikbal i jest Irakijką, azylantką w Szwecji. Mieszka tu z trójką dzieci, pozostała trójka została w Iraku. W rozmowie brała również druga kobieta, o której może napiszę innym razem, a mianowicie Maria - Chilijka. Całość toczyła się w dość dziwnym języku, a mianowicie połączeniu szwedzkiego, hiszpańskiego i angielskiego z dużą dawką języka migowego - jak zawsze gdy spotkają się ludzie nie znający wspólnego języka ;-) Otóż rozmowa zaczęła się od kwiatów w wazonie i dywagacji czy aby na pewno są prawdziwe, bo takie piękne. Potem Ikbal, jako wieczna gaduła, próbowała nam wyjaśnić gdzie takie roślinki rosną itd. Doszłyśmy wreszcie do momentu, w którym bariera językowa stała się zbyt wyraźna i gdy zaczęłyśmy potrzebować wsparcia. Wsparciem okazały się globus i trzy słowniki szwedzko-różne. Po tym jak już ustaliłyśmy, że wiemy co to jest równik (studia geograficzne to jednak piękna rzecz ;-)), gdzie leży i jakie państwa zaliczamy do pasa okołorównikowego z odpowiednią roślinnością, pokazywałyśmy swoje kraje: tu Polska, tu Chile, tu Irak...

I właśnie o tym Iraku zaczęłyśmy rozmawiać. Ikbal gaduła opowiadała nam jak to pięknie u niej było. Jakie cudowne rośliny, budynki, kultura... Wszystko w czasie przeszłym. Pięknie było wizualnie. A teraz bomby, karabiny, trupy. Idąc do pracy przechodziła ulicą, na której codziennie usłyszeć można serię z karabinu i zawsze mija się co najmniej jednego człowieka. A właściwie to, co z niego zostało. Opowiadała jak to jest słyszeć kolejną bombę. Jak to jest żyć w strachu. Opowiadała o swoich dwóch synach, których już nie ma. Synowie zostali powieszeni przez Saddama i jego ludzi. Zabrani z ulicy, przewiezieni do czegoś na kształt więzienia. Przed 17:00 jeszcze z nimi rozmawiała, była u nich w odwiedzinach, cała rodzina była razem. O 17 wszystkich wyproszono, został tylko jej brat i więźniowie. Rano brat wyszedł z więzienia. Sam. Jej chłopców, a właściwie młodych mężczyzn (23 i 28) powieszono dnia poprzedniego, tuż po jej wyjściu. Dlaczego? Bo tak. Potem w podobny sposób zginęła rodzina brata, brat, ojciec... Jej kolejny syn był świadkiem jak jego najlepszego przyjaciela rozpołowił karabin maszynowy. Nic nie zrobił, stali we dwójkę na ulicy i rozmawiali - tak jak to robią codziennie miliony im podobnych dzieciaków. Stali i nagle jeden z nich się rozpadł na dwóch. Na pół. Drugiemu nic się nie stało. Przynajmniej fizycznie... W końcu Ikbal wyjechała, ale część jej rodziny ciągle tam jest. I chociaż nie ma Saddama, to jednak nadal dzieje się to samo. Ciągle giną ludzie, młodzi ludzie. Sama Ikbal mówi, że ona nie widzi różnicy - czy Saddam czy USA. Wszystko jest tak samo, tylko kraj wygląda gorzej. A mimo to ona chce tam wrócić, kocha tą ziemię i marzy o tym, żeby na starość znów móc tam mieszkać. Na oko ma jakieś 50 lat i nie wiem czy uda jej się to, o czym marzy. Na razie jedzie na miesiąc, do rodziny.

A mi jest wstyd. Wstyd za fakt, że w Iraku stacjonują Polacy. Że oni także przyczyniają się do tego, że ten piękny kiedyś kraj, obecnie jest jednym wielkim polem bitwy. Że "nasi dzielni żołnierze" tak dzielnie wspierają Amerykanów w drodze do polepszenia życia biednych Arabów. Tylko czy ktoś spytał tych biednych Arabów czy tego chcą? Ikbal nie chce. Ona chce spokoju. Bo życia jej rodziny nikt nie wróci. Może tylko starać się, żeby reszta żyła i była szczęśliwa. I każdego dnia widzę ją - uśmiechniętą, radosną, opowiadającą jakim wspaniałym krajem był Irak. Jak cudownie się tam żyło. Jak odmienny kulturowo jest od Szwecji. I chcę tam pojechać. Tylko boję się, że będę musiała spojrzeć w oczy tamtejszym mieszkańcom i przepraszać, bo jestem Polką. Bo nasi dzielni żołnierze dostali rozkaz od Wielkiego Brata. I poszli. I walczą. I zabijają niewinnych ludzi, którzy nic złego Polakom nigdy nie zrobili.

Doigrałam się. W końcu poddałam się swojemu ciału oraz opinii ludności i udałam się do lekarza. Kto to bowiem widział, żeby w ciągu niecałej doby mieć wahania temperatury od 36,6 przez 39 do 34,5?! Tak więc mimo bólu (a raczej głównie przez niego) zdecydowałam się iść do przychodni. Żeby zaoszczędzić na czasie znalazłam jedną przychodnie najbliżej mnie, która posiadała również ginekologa (podejrzewałam, że to on będzie miał główny udział w leczeniu bólu dolnej partii brzucha). Poszłam więc radosna cała do lekarza. Fakt, miało mnie to kosztować 140 koron, ale czego się nie robi dla zdrowia?

Etap pierwszy - przychodnia

Okazało się, że tak jak i w Finlandii, panuje tu zwyczaj, że najpierw do głosu dochodzi pielęgniarka. Dodać należy, że pielęgniarka skandynawska pielęgniarce polskiej nie równa. Tutaj pielęgniarka ma dość dużo do powiedzenia, bada jak lekarz i to ona głównie mówi czy w ogóle zobaczę na oczy lekarza. Moja oznajmiła mi, że nie w tej przychodni. Zakwalifikowała mnie jako ostry przypadek i odesłała do szpitala. Podała mi oczywiście numery telefonów, żebym najpierw zadzwoniła itp, powiedziała gdzie jechać, jak jechać i przeprosiła, że nie jest w stanie mi pomóc. 140 koron zaoszczędzone, bo nic nie mogła zrobić, ale też nic nie zyskałam poza kilkoma danymi. Nadal mnie bolało. Jako, że godzina młoda, bo minęło dopiero pół godziny od wyjścia z domu (wyjątkowo szybko to się rozegrało) to postanowiłam sprawdzić jak będzie w szpitalu. Wybór padł na bliższy, bo po co mam jechać do miasta, skoro w miasteczku też ponoć mogą mnie załatwić? Wsiadłam więc w pociąg i przejechałam te dwie stacje.

Etap drugi - szpital w miasteczku

Zanim dojechałam miałam zadzwonić. Ale jak tu zadzwonić, skoro nie odbierają? I to na ostrym dyżurze? Ale w końcu odebrali. Fakt, że byłam tak pewna swego, że stałam już niemal pod drzwiami szpitala, nie zmienił sytuacji - oni nie mają dyżuru ginekologicznego - a na taki mnie wszyscy wysyłali. Muszę więc jechać do szpitala w mieście. Oznaczało to ni mniej ni więcej tylko powrót do pociągu i jazda kolejne 20 minut. W tym momencie uświadomiłam sobie, że minęła już ponad godzina od wyjścia z domu. I że czeka mnie długa podróż, a ja nie mam nawet jednej książki do poczytania... Pocieszałam się ipodzikiem w kieszeni, ale z czasem okazało się to płonne (o czym będzie za chwilę).

Etap trzeci - szpital w mieście

Po dojechaniu do Sztokholmu i znalezieniu szpitala poszłam się zarejestrować. Niby nic, ot posiedzieć w kolejce na kolej mojego numerku, podejść do okienka i wyjaśnić pani pielęgniarce w czym rzecz. A potem już z górki... Czyli "Pani pójdzie do tego pana tuż obok, tego tutaj koło mnie. Pan dalej powie co robić". Pan powiedział - 260 koron poproszę... No cóż, dojechałam aż tu, straciłam już ponad 2 godziny - zapłacę i zaraz będzie koniec (prawie do końca pozostałam naiwna). Zapłaciłam więc (do końca tygodnia nie będę już jadła, żeby wyrównać straty). Dostałam za to własną plastikową kartę pacjenta, z którą chyba już zawsze muszę chodzić do lekarza, oraz kilka papierków co robić dalej i gdzie iść. Po znalezieniu odpowiedniego oddziału i wypełnieniu papierków, zaczęłam czekać na swoją kolej. I tak czekałam sobie. Przejrzałam leżące na stole gazety kolorowe... Przejrzałam gazety zwykłe... Czekałam gapiąc się w ścianę...

Po godzinie przyszła moja kolej na badanie. Pobrali mi krew z palca, kazali nasikać do kubeczka, zmierzyli temperaturę, wypytali co boli... i kazali czekać na wyniki i dalsze ewentualne badanie. Była to już godzina 17:30. Zrobiłam się głodna, ale przecież nie pójdę nigdzie w trakcie badania. W końcu ile może trwać analiza moczu czy krwi? Więc siedzę. Włączyłam ipodzika i spojrzałam na wyświetlacz. A tu niespodzianka - kiedy ostatnio go ładowałam? Nawet nie pamiętam... Więc i nie powinnam się dziwić, że się rozładował, czyż nie? Upadła więc ostatnia nadzieja na zabicie czasu. Siedziałam więc dalej i z nadzieją wypatrywałam w drzwi. Po jakimś czasie stwierdziłam, że bliźniaczki, które są przede mną, wychodzą. Przeczytały jakąś kartkę i wyszły. Zaświtała mi nadzieja, że może przepadnie im kolejka i ja wejdę już zaraz. O Święta Naiwności... Ale nic to, siedzę dalej... Kilka telefonów wykonanych w "międzyczasie" pozwoliło TŻetowi zlokalizować gdzie siedzę. Chwilkę po 19 już był u mnie i czekał ze mną. Tak, tak - dobrze piszę - po 19. Czyli siedziałam i czekałam już 1,5 godziny na wyniki i nic... Głodna, zmęczona, zdołowana... TŻ się w końcu zirytował (też głodny, więc co się dziwić) i poszedł dopytywać się co dalej. Okazało się, że przede mną są jeszcze 2 osoby. Niewiele, prawda? Ale trwa strajk służby zdrowia (!!!) i zamiast 7 lekarzy na oddziale mają 1 lekarza na 4 oddziały. Tak więc to jeszcze chwilkę potrwa. Średnio liczyli, że jeśli nie będzie nagłych wypadków to powinni mnie przyjąć za jakąś godzinę. Godzina to wystarczająca ilość czasu, żeby iść do Maxa (lokalny McD, tylko o niebo lepszy) i przekąsić coś. Tak też zrobiliśmy. Co prawda zajęło nam to więcej czasu, bo po co się spieszyć, na pewno coś im wypadnie (nie myliliśmy się).

Do szpitala wróciliśmy więc chwilkę po 21. Zdążyliśmy akurat na początek filmu w TV więc usiedliśmy i oglądaliśmy. I oczywiście czekaliśmy na swoją kolej, bo tym razem byłam już pierwsza w kolejce. Ktoś nadal myśli, że to szybko poszło? ;-) Film był nawet ciekawy, choć przewidywalny i durnowaty. Rzecz o 13-latce, która chciała być dorosła, weszła do szafy - wyszła jako businesswoman koło 30-stki. Osobowość 13, praca 30, brak pamięci co pomiędzy. Bla bla bla i żyli długo i szczęśliwie. Tak - obejrzeliśmy film do końca. Ciągle czekając na badanie. W międzyczasie "ekipa lekarska" się zmieniła, więc od nowa musiałam opowiadać co mi jest. Ale to jeszcze nie teraz ;-) Nieee... zdążyłam obejrzeć jeszcze całą serię reklam i końcówkę odcinka Scrubsów (kiedy oni wzięli ślub?!) oraz początek następnego odcinka. Zostałam wywołana! Hip hip! Hurra! Godzina 23:15! Za godzinę odchodzi ostatni pociąg do nas na wieś... (O czym ciągle przypominał państwu lekarstwu mój dzielny i walczący TŻ.)

Tak więc wezwana do gabinetu, pełna radości zaczynam opowiadać co mi jest, gdzie mnie boli itd, itp. Nagle - biiiip biiiip... Pani doktor wywołana do operacji. Koniec badania. "Operacja potrwa nie dłużej niż 15 minut i potem dokończymy". Ładny tekst, ale jednak nie o to mi chodziło. Pani doktor chyba się przejęła, gdy po raz któryś tam zostało jej zasugerowane, że ostatni pociąg i że może zapłacą za taksówkę... Po 10 minutach przyszła inna pani doktor, że ona mnie skończy. No dobra, może skończyć. W końcu co za różnica kto, byle w reszcie. I skończyła. Powiedziała, że to nie ginekologiczne i że ona to nie bardzo... Na moje dość mocno ironiczne i złośliwe pytanie (czy mam teraz czekać w kolejce do następnego lekarza kolejne 7 godzin na kolejną diagnozę) powiedziała, że w sumie to może nie... Że w sumie to ona przepisze mi antybiotyk i jakieś coś i potem po prostu pójdę do mojego lekarza w przychodni. Czyli zrobię to, co zamierzałam od samego początku, tylko że jakoś nie wyszło.

Wyszło jak wyszło. Na ostatni pociąg na szczęście zdążyliśmy. Niemal w ostatniej chwili. W domku byliśmy trochę po 1 w nocy. Czyli jakby nie patrzeć 11 godzin w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - dlaczego się źle czuję.

Podsumowanie

Polska służba zdrowia nie jest zła. Zwłaszcza w czasie strajku. Zawsze można iść prywatnie, czego tutaj nie udało mi się zrobić.

Artystka?

08 maja, 2008

Ja wiem, że człowiek się całe życie uczy i że czasem nie wszystko jest wiadome i oczywiste od początku. Ale jednak gdy zaczynałam studia w Polsce to miałam przed oczami tytuł Magistra. Później w Finlandii dowiedziałam się, że jest to Master of Science, i jako takiego przyjęłam jako swojego. Wszędzie podpisywałam się jako M.Sc., skoro Finowie tak twierdzą... W końcu oni wiedzą lepiej. I wszystko było świetnie, aż do dziś, gdy to odebrałam tłumaczenie moich dokumentów. Dokumenty tłumaczone były przez tłumacza przysięgłego w Polsce. Dokładnie w Łodzi. Nie powiem przez którego, bo to by była albo reklama albo antyreklama, zależy jak na to spojrzeć. Tak czy inaczej okazało się, że wg tejże istoty nie należę do grona Masterów Naukowych, o nie :-). O dziwo należę do grona Artystów! Posiadam więc tytuł Master of Arts ;-). Nigdy nie uważałam się za artystkę. Zdolności artystyczne kończą się u mnie na umiejętności trzymania kredki w dobrą stronę oraz rozróżnianiu farby od mazaka. Muzycznie troszkę lepiej - wiem jak się trzyma gitarę i nawet coś tam brzdęknę czasem, ale niezbyt popisowo. Innych artyzmów nie kojarzę, może jestem w nich lepsza... Ale jak widać moje ukochane geografia i urbanistyka również została wcielona do tego grona i aż się boję pomyśleć co jeszcze może wejść w skład tej kategorii? Ciągle jednak tkwi we mnie przekonanie o pomyłce w tłumaczeniu, ale czyż tłumacz przysięgły nie powinien wiedzieć najlepiej kim jestem? W końcu przysięga, że jestem artystką...

Gdy nie ma co robić trzeba sobie robotę wymyślić! ;-) I tak oto właśnie skończyłam myć 5 dużych okien i jeden balkon. Co prawda wywołałam tym deszcz, ale tylko przelotny i na pewno zaraz wyjdzie słońce znowu! A mi wycięło z życiorysu jakieś 3 godziny, więc jest cudownie :-) Do tego pranie, zmywanie i inne ...anie, i znowu minęła godzina. A już za jakieś 1,5-2 godzinki będę podawać obiad. Czyż życie kury domowej nie jest piękne? ;-)

Postanowiłam utworzyć nową kategorię - porady kury domowej, bo w końcu w czasie tego całego nudzenia się wymyślam sobie różne metody sprzątania, nowe miejsca do kupowania pierdół, itp. A nuż ktoś w guglu będzie kiedyś szukał gdzie w okolicy jest najtańsza kapusta kiszona? A ja się dziś dowiedziałam, że w sklepie niedaleko jest! Sklep nazywa się Vi Butikerna i ponoć mają prawdziwą polską kapustę kiszoną w słoikach. Jutro idę sprawdzić ;-)

A druga ciekawostka to gazety szwedzkie średnio nadają się do mycia okien. Tak samo jak przeterminowane płyny przeznaczone specjalnie do okien. Najlepiej sprawdził się jak zwykle Ludwik + ciepła woda + ręczniki papierowe do wytarcia mokrych okien.

A teraz z herbatą w ręku i laptopem na kolanach oddam się błogiemu nic nie robieniu... przez jakieś kilka minut, bo przecież trzeba obiad zrobić! A dziś żeberka z grilla :-)

Nie ja jedna jestem dziwna. To fakt potwierdzony naukowo. W poniedziałek na kurs przyszła nowa dziewczyna i jakoś tak przysiadła się do mnie. Okazuje się, że mieszkamy w tej samej okolicy, itp. itd. Co więcej też jest bezrobotną kurą domową i z nudów (oraz potrzeby zabicia czasu przed znalezieniem pracy) poszła nauczyć się języka. I co się okazuje? Mamy podobne problemy! Mimo, że ona dopiero od kilku tygodni a ja już od ładnych paru miesięcy (żeby nie powiedzieć lat...). I dziś tak jakoś wyszło, że wypuścili nas ze szkoły godzinę przed czasem. Normalny człowiek, uczeń czy inne stworzenie byłoby szczęśliwe... Ale kto powiedział, że nudząca się kobieta jest istotą normalną? Przez głowę przemknęła nam jedna myśl - rany! jeszcze jedna godzina więcej do zabicia! I co teraz?! Co by tu porobić...?!

Może i szkoła jest obowiązkiem, którego się nie kocha. Może i są ludzie, którzy z niej uciekają jak tylko mogą. Ale są też ludzie, dla których jest ona jedynym zajęciem w ciągu dnia i w imieniu nudzących się kur domowych postuluję: NIE WYPUSZCZAJCIE NAS WCZEśNIEJ Z LEKCJI! Dajcie nam szansę spędzić jeszcze trochę czasu między ludźmi, robiąc coś... cokolwiek... My się naprawdę zanudzamy na śmierć w domu. A tak chociaż mamy kontakt z innym człowiekiem. To wbrew pozorom bardzo ważne.

Majowo

05 maja, 2008

Długi weekend za nami, wizyta w Polsce również. Czas wrócić do rzeczywistości. A ta wygląda jak wygląda. Mam pełno papierów do wypełnienia, z nadzieją, że to coś da i że wreszcie jakaś kasa wpadnie... Mam masę rzeczy do posegregowania, bo przecież nie można przyjechać z kraju z pustymi rękoma, zwłaszcza samochodem ;-). Muszę posprzątać i umyć okna, bo przez to słońce za oknem widać dokładnie w jakim stanie jest mieszkanie. A nie jest dobrze... Wydawało mi się, że wyjeżdżając zostawiłam jako taki porządek, ale gdzie tam... Pełno kurzu wszędzie, pełen kosz prania, ogólny nieład spowodowany niesamowitą ilością nierozpakowanego ciągle bagażu... Jednym słowem tragedia. A jutro być może przyjedzie Słowaczka, żeby pomieszkać chwilę z nami. A potem zapowiedziała się jedna Amerykanka. I kiedy ja posprzątam? Oj wiem, że marudzę, ale gdzieś muszę się powyżalać trochę, żeby mi się lepiej żyło ;-). Bo tak naprawdę narzekać mogę jedynie na brak pracy i gotówki oraz jak każda kobieta - na wygląd ;-). A tak poza tym to wszystko gra, czyż nie?

Dzisiejszy optymizm sponsoruje słońce, wiosna i +15 stopni za oknem ;-)