Akut, czyli ER po szwedzku
14 maja, 2008
Doigrałam się. W końcu poddałam się swojemu ciału oraz opinii ludności i udałam się do lekarza. Kto to bowiem widział, żeby w ciągu niecałej doby mieć wahania temperatury od 36,6 przez 39 do 34,5?! Tak więc mimo bólu (a raczej głównie przez niego) zdecydowałam się iść do przychodni. Żeby zaoszczędzić na czasie znalazłam jedną przychodnie najbliżej mnie, która posiadała również ginekologa (podejrzewałam, że to on będzie miał główny udział w leczeniu bólu dolnej partii brzucha). Poszłam więc radosna cała do lekarza. Fakt, miało mnie to kosztować 140 koron, ale czego się nie robi dla zdrowia?
Etap pierwszy - przychodnia
Okazało się, że tak jak i w Finlandii, panuje tu zwyczaj, że najpierw do głosu dochodzi pielęgniarka. Dodać należy, że pielęgniarka skandynawska pielęgniarce polskiej nie równa. Tutaj pielęgniarka ma dość dużo do powiedzenia, bada jak lekarz i to ona głównie mówi czy w ogóle zobaczę na oczy lekarza. Moja oznajmiła mi, że nie w tej przychodni. Zakwalifikowała mnie jako ostry przypadek i odesłała do szpitala. Podała mi oczywiście numery telefonów, żebym najpierw zadzwoniła itp, powiedziała gdzie jechać, jak jechać i przeprosiła, że nie jest w stanie mi pomóc. 140 koron zaoszczędzone, bo nic nie mogła zrobić, ale też nic nie zyskałam poza kilkoma danymi. Nadal mnie bolało. Jako, że godzina młoda, bo minęło dopiero pół godziny od wyjścia z domu (wyjątkowo szybko to się rozegrało) to postanowiłam sprawdzić jak będzie w szpitalu. Wybór padł na bliższy, bo po co mam jechać do miasta, skoro w miasteczku też ponoć mogą mnie załatwić? Wsiadłam więc w pociąg i przejechałam te dwie stacje.
Etap drugi - szpital w miasteczku
Zanim dojechałam miałam zadzwonić. Ale jak tu zadzwonić, skoro nie odbierają? I to na ostrym dyżurze? Ale w końcu odebrali. Fakt, że byłam tak pewna swego, że stałam już niemal pod drzwiami szpitala, nie zmienił sytuacji - oni nie mają dyżuru ginekologicznego - a na taki mnie wszyscy wysyłali. Muszę więc jechać do szpitala w mieście. Oznaczało to ni mniej ni więcej tylko powrót do pociągu i jazda kolejne 20 minut. W tym momencie uświadomiłam sobie, że minęła już ponad godzina od wyjścia z domu. I że czeka mnie długa podróż, a ja nie mam nawet jednej książki do poczytania... Pocieszałam się ipodzikiem w kieszeni, ale z czasem okazało się to płonne (o czym będzie za chwilę).
Etap trzeci - szpital w mieście
Po dojechaniu do Sztokholmu i znalezieniu szpitala poszłam się zarejestrować. Niby nic, ot posiedzieć w kolejce na kolej mojego numerku, podejść do okienka i wyjaśnić pani pielęgniarce w czym rzecz. A potem już z górki... Czyli "Pani pójdzie do tego pana tuż obok, tego tutaj koło mnie. Pan dalej powie co robić". Pan powiedział - 260 koron poproszę... No cóż, dojechałam aż tu, straciłam już ponad 2 godziny - zapłacę i zaraz będzie koniec (prawie do końca pozostałam naiwna). Zapłaciłam więc (do końca tygodnia nie będę już jadła, żeby wyrównać straty). Dostałam za to własną plastikową kartę pacjenta, z którą chyba już zawsze muszę chodzić do lekarza, oraz kilka papierków co robić dalej i gdzie iść. Po znalezieniu odpowiedniego oddziału i wypełnieniu papierków, zaczęłam czekać na swoją kolej. I tak czekałam sobie. Przejrzałam leżące na stole gazety kolorowe... Przejrzałam gazety zwykłe... Czekałam gapiąc się w ścianę...
Po godzinie przyszła moja kolej na badanie. Pobrali mi krew z palca, kazali nasikać do kubeczka, zmierzyli temperaturę, wypytali co boli... i kazali czekać na wyniki i dalsze ewentualne badanie. Była to już godzina 17:30. Zrobiłam się głodna, ale przecież nie pójdę nigdzie w trakcie badania. W końcu ile może trwać analiza moczu czy krwi? Więc siedzę. Włączyłam ipodzika i spojrzałam na wyświetlacz. A tu niespodzianka - kiedy ostatnio go ładowałam? Nawet nie pamiętam... Więc i nie powinnam się dziwić, że się rozładował, czyż nie? Upadła więc ostatnia nadzieja na zabicie czasu. Siedziałam więc dalej i z nadzieją wypatrywałam w drzwi. Po jakimś czasie stwierdziłam, że bliźniaczki, które są przede mną, wychodzą. Przeczytały jakąś kartkę i wyszły. Zaświtała mi nadzieja, że może przepadnie im kolejka i ja wejdę już zaraz. O Święta Naiwności... Ale nic to, siedzę dalej... Kilka telefonów wykonanych w "międzyczasie" pozwoliło TŻetowi zlokalizować gdzie siedzę. Chwilkę po 19 już był u mnie i czekał ze mną. Tak, tak - dobrze piszę - po 19. Czyli siedziałam i czekałam już 1,5 godziny na wyniki i nic... Głodna, zmęczona, zdołowana... TŻ się w końcu zirytował (też głodny, więc co się dziwić) i poszedł dopytywać się co dalej. Okazało się, że przede mną są jeszcze 2 osoby. Niewiele, prawda? Ale trwa strajk służby zdrowia (!!!) i zamiast 7 lekarzy na oddziale mają 1 lekarza na 4 oddziały. Tak więc to jeszcze chwilkę potrwa. Średnio liczyli, że jeśli nie będzie nagłych wypadków to powinni mnie przyjąć za jakąś godzinę. Godzina to wystarczająca ilość czasu, żeby iść do Maxa (lokalny McD, tylko o niebo lepszy) i przekąsić coś. Tak też zrobiliśmy. Co prawda zajęło nam to więcej czasu, bo po co się spieszyć, na pewno coś im wypadnie (nie myliliśmy się).
Do szpitala wróciliśmy więc chwilkę po 21. Zdążyliśmy akurat na początek filmu w TV więc usiedliśmy i oglądaliśmy. I oczywiście czekaliśmy na swoją kolej, bo tym razem byłam już pierwsza w kolejce. Ktoś nadal myśli, że to szybko poszło? ;-) Film był nawet ciekawy, choć przewidywalny i durnowaty. Rzecz o 13-latce, która chciała być dorosła, weszła do szafy - wyszła jako businesswoman koło 30-stki. Osobowość 13, praca 30, brak pamięci co pomiędzy. Bla bla bla i żyli długo i szczęśliwie. Tak - obejrzeliśmy film do końca. Ciągle czekając na badanie. W międzyczasie "ekipa lekarska" się zmieniła, więc od nowa musiałam opowiadać co mi jest. Ale to jeszcze nie teraz ;-) Nieee... zdążyłam obejrzeć jeszcze całą serię reklam i końcówkę odcinka Scrubsów (kiedy oni wzięli ślub?!) oraz początek następnego odcinka. Zostałam wywołana! Hip hip! Hurra! Godzina 23:15! Za godzinę odchodzi ostatni pociąg do nas na wieś... (O czym ciągle przypominał państwu lekarstwu mój dzielny i walczący TŻ.)
Tak więc wezwana do gabinetu, pełna radości zaczynam opowiadać co mi jest, gdzie mnie boli itd, itp. Nagle - biiiip biiiip... Pani doktor wywołana do operacji. Koniec badania. "Operacja potrwa nie dłużej niż 15 minut i potem dokończymy". Ładny tekst, ale jednak nie o to mi chodziło. Pani doktor chyba się przejęła, gdy po raz któryś tam zostało jej zasugerowane, że ostatni pociąg i że może zapłacą za taksówkę... Po 10 minutach przyszła inna pani doktor, że ona mnie skończy. No dobra, może skończyć. W końcu co za różnica kto, byle w reszcie. I skończyła. Powiedziała, że to nie ginekologiczne i że ona to nie bardzo... Na moje dość mocno ironiczne i złośliwe pytanie (czy mam teraz czekać w kolejce do następnego lekarza kolejne 7 godzin na kolejną diagnozę) powiedziała, że w sumie to może nie... Że w sumie to ona przepisze mi antybiotyk i jakieś coś i potem po prostu pójdę do mojego lekarza w przychodni. Czyli zrobię to, co zamierzałam od samego początku, tylko że jakoś nie wyszło.
Wyszło jak wyszło. Na ostatni pociąg na szczęście zdążyliśmy. Niemal w ostatniej chwili. W domku byliśmy trochę po 1 w nocy. Czyli jakby nie patrzeć 11 godzin w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - dlaczego się źle czuję.
Podsumowanie
Polska służba zdrowia nie jest zła. Zwłaszcza w czasie strajku. Zawsze można iść prywatnie, czego tutaj nie udało mi się zrobić.
Komentarze do wpisu "Akut, czyli ER po szwedzku":
1.
biernatt napisał(a):
14 maja 2008, 18:40:19
Eee... piękna historia, w każdym detaliku ^^ ja bym tak nie napisał :P
btw: polepszyło się? :>
2.
Agnieszka napisał(a):
14 maja 2008, 18:49:38
Jeszcze nie bardzo, bo leki są dopiero w drodze ;-) Ale się nie pogorszyło, więc nie jest źle ;-)
3.
Olik napisał(a):
14 maja 2008, 19:49:35
Piękne...
4.
carbo napisał(a):
23 maja 2008, 18:52:48
a ja myślałem, że moje 4 godziny w szpitalu, w niedzielne popołudnie to było dużo...
współczuję...
Dodaj komentarz: