Promotor...
29 maja, 2008
Sama już nie wiem czy mi bardziej głupio czy jestem wściekła. Próbuję skończyć studia, a właściwie bazując na nich zdobyć trochę pieniędzy na życie. Jak każdy dobrze wie, za doktorat teoretycznie płacą. Nie za napisanie, ale za pisanie - dostaje się jakieś tam stypendium czy inne dofinansowanie. Teoretycznie, bo ja przez pierwsze 3 lata nie zobaczyłam ani centa. Dopiero w 4 roku pan promotor łaskawie dał mi pieniądze ze szkoły doktoranckiej, żebym szybciej skończyła. I było by ok, gdyby nie fakt, że w ciągu tego roku więcej czasu spędziłam na przeprowadzkach i szukaniu pracy niż na faktycznym pisaniu pracy. Od stycznia znowu jestem bez gotówki i żeby było śmieszniej utkwiłam w martwym punkcie. Ani widoków na kasę ani na pracę, a pisać niby trzeba. Fakt, że niewiele robiłam... ale pan promotor też nie wykazał się jakimś strasznym zainteresowaniem moją osobą - przez te kilka lat widywałam go tak rzadko, że pewnie miałabym problemy z poznaniem go na ulicy (no dobra, przesadzam - jest tak brzydki, że trudno go zapomnieć ;-)). Więc gdy wreszcie pojawiła się wizja pieniędzy i gdy mogłabym spokojnie dokończyć pisanie, mając zapewnione następne kilka lat życia w spokoju, to on mi stwierdza, że nie napisze mi rekomendacji. Bo on nie wie czy ja skończę te studia u niego. Nic go w sumie to nie kosztuje, a miałby mnie z głowy, ale nie... On musi pokazać teraz, że jest górą. Że to on decyduje o mojej przyszłości. Aż mną trzęsie gdy o tym myślę. Muszę teraz na gwałt znaleźć dwie osoby, które kiedykolwiek miały ze mną jakieś zajęcia, żeby napisały mi list, że niby jestem dobra w tym co robię. Tylko, że wszystkie zajęcia miałam z nim! I koło się zamyka... a mi przechodzi obok nosa spora kasa i stabilizacja na dłuższy czas. Na pewno jest w tym moja wina też, bo przecież mogłam mu na siłę wysyłać wszystko, nie bacząc na brak jakiejkolwiek reakcji, ale chyba nie o to chodzi u promotora, żeby dostał i nawet nie zajrzał do pracy przez ileś lat. W końcu nawet moja cierpliwość się musiała skończyć. A smutne jest to, że ma teraz nową doktorantkę i traktuje ją dokładnie tak samo jak mnie na początku, a ona mi nie wierzy jak to się dalej może potoczyć :-( Żal mi jej. I żal mi mojej potencjalnej pracy :-(
Ot, smutno mi...