Wakacje

17 sierpnia, 2008

Wyjazd do domu rodzinnego może być świetnie spędzonym czasem. Może też być niezwykle męczący. A może łączyć obie te możliwości.

Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że druga opcja jest mi bliższa. Dlaczego? Bo po tygodniu spędzonym na nic_nie_robieniu szlag mnie trafia. Mam wakacje, więc mam nic nie robić. Jak można ciągle nic nie robić? Ile można odpoczywać? Moje życie nie składa się z samych męczących rzeczy, wręcz przeciwnie - czasem mam ochotę uciec i zrobić coś, co zmęczy mnie totalnie. Zawsze mam nadzieję, że jak tu przyjadę, to będę mogła gotować, pomagać, itp. Odciążę rodziców. I co? I nic... Odpocznij sobie, dziecinko... Nie mam już siły odpoczywać...

Z drugiej strony zaś jest ciągłe marudzenie, że nic nie robię. Że doktorat leży (sama to wiem, nie trzeba mi przypominać). Że nie mam pracy (o tym to też wiem, i też nie ma potrzeby ciągłego rozmawiania o tym). Że może czas na dziecko (echh...). Na ślub (eeeeechhhh...). Czas zacząć coś robić (bo do tej pory to leżę tak, jak się urodziłam i nawet kroku nie zrobiłam). A w ogóle to po co ja tam pojechałam? Może wrócę jednak do domu i jakoś się tu urządzę... Przecież tam też nie mam pracy, nie zarabiam, nie mam dzieci... Kurs językowy nie jest mi potrzebny, jeśli będę tutaj, bo pracę na pewno znajdę (taaa, w fabryce pewnie albo jako w helpdesku). No i oczywiście miałabym gdzie mieszkać, bo mój pokój ciągle czeka... I to nie ważne, że tam jestem komuś potrzebna. Że tam jest mi lepiej. Że tam może wreszcie będzie moje miejsce. Że wolę tam... Echhh...

Z trzeciej strony lekarze. Tu jest taniej, tu rozumiem co do mnie mówią, tu próbuję zrobić jak najwięcej badań. Tylko co mi z tego przyjdzie, skoro na wyniki muszę czekać tak długo, że już zdąży mnie tu nie być. Nie wspominając już o tym, że te wyniki przestaną być już aktualne no i wizyta u lekarza będzie nieco utrudniona. I jak tu się leczyć? A może nie warto się leczyć, co będzie to będzie.

Do tego jeszcze kwestia szalejących chyba hormonów i wchodzenia w wiek przekwitania (;-)), bo sama już nie wiem czego chcę. Z jednej strony chętnie zaszłabym w ciążę i święcie w to wierzyłam, aż do czasu gdy wzięłam na rękę bratanka. I nagle się okazało, że to nic takiego. Żadnych wybuchów miłości, żadnych cudów na kiju. Od, po prostu mam na ręku niezwykle kruchą istotę, na którą muszę uważać i tyle. Nagle zdałam sobie sprawę, że więcej uczucia i zachwytów odczuwam gdy widzę kota... (obcego kota, nie wspominając o mojej ukochanej kocince). Chyba więc jednak jest coś ze mną nie tak. Nie zachwyca mnie rozmowa o kupkach. Nie pałam niezwykłą potrzebą trzymania go, przewinięcia, nakarmienia. Ot, jest i ok. Dobrze jeszcze, że są jego rodzice oraz dziadkowie, to zawsze znajdzie się ktoś chętniejszy ode mnie, żeby go potrzymać. A ja... a ja w tym czasie mogę zająć czymś kociarstwo, żeby nie wlazło do łóżeczka (nie wiem czemu im nie wolno), czy żeby nie ganiało się za głośno jak młody śpi. Dziwna jestem. I dziwnie się czuję z tym nowym odkryciem. Oczywiście, "pieję z zachwytu" gdy tylko spocznie na mnie wzrok kogoś z rodziny, żeby nie uznali mnie za jakąś wariatkę. Ale żebym specjalnie pchała się do dzieciaka, to jakoś tak nie bardzo... Przeraża mnie moje własne podejście. Na pewno jest to kwestią nikłej możliwości dogadania się z dzieciakiem. W końcu co może mi powiedzieć 2-tygodniowy brzdąc, który widzi mnie drugi czy trzeci raz na swoje (ślepe jeszcze) oczka? Na pewno z czasem będzie lepiej. Tylko muszę przetrwać i dalej udawać, że zachwyca, jak nie zachwyca... Jestem kobietą bez serca i bez instynktu macierzyńskiego. A właściwie ze spaczonym instynktem. Ot co. I tak oto nagle odeszła mi ochota na posiadanie własnego potomstwa. Przynajmniej jeden lekarz mi odpadnie ;-)

I tak oto wyszła mi śliczna, marudna notka. Cudnie po prostu.

Komentarze do wpisu "Wakacje":

1. snufkin napisał(a):
17 sierpnia 2008, 23:29:10

Mówisz tak, bo to nie Twoje dziecko. Gdybyś przytuliła własne dziecko, tuż po jego narodzinach, prawie na pewno mówiłabyś inaczej. ;-)

2. Agnieszka napisał(a):
17 sierpnia 2008, 23:30:19

@snufkin: Zapewne masz rację, ale chwilowo wizja, że już teraz natychmiast muszę, bo latka lecą, jakoś się oddaliła. I całe szczęście, bo akurat na dziecko to teraz nie mam warunków ;-)

3. Rafał napisał(a):
18 sierpnia 2008, 09:14:08

Czytając wpis poczułem się jakbym... czytał samego siebie. Też lubię ponarzekać... sam mam chyba coś z marudnej kobiety. ;)

Również jestem zdania, że własne dziecko obudziłoby instynkt macierzyński. Byłaby to żywa istotka zrodzona... z m.in. Ciebie! Jak jej nie kochać... :)

4. Olik napisał(a):
19 sierpnia 2008, 07:31:50

2-tygodniowe dziecko mnie samą przeraża. Najfajniejsze jest, gdy już siedzi, a jak ma roczek to już spokojnie na swój sposób można się dogadać. Poza tym... co Twoje to Twoje ;) Znam babki, które zaszły w ciążę i do dnia porodu pytały siebie i mnie "Po co mi to dziecko??? Nie chcę go!", a potem świata poza nim nie widziały. Ciąża dlatego trwa 9 miesięcy, żeby się na malucha przygotować. Inaczej będziesz reagowała na bratanka, inaczej na swojego synka czy swoją córkę, bo będziesz z własnym dzieckiem związana. Przecież nie nosiłaś pod sercem bratanka, nie czułaś jego kopniaków, nie oglądałaś go co miesiąc na ekranie monitora, nie martwiłaś się o niego tak bardzo jak martwi się matka oczekująca dziecka. Nie rezygnuj z ciąży tylko dla tego że nie poczułaś kołatania serca na widok obcego dzieciaka. To nie jest wyznacznikiem Twojego przygotowania do macierzyństwa :) Wiem co mówię ;)

5. Agnieszka napisał(a):
19 sierpnia 2008, 22:58:21

@Rafał: Oj ja ostatnio jestem bardziej marudna niż największa maruda. I nie mam pojęcia skąd to się nagle we mnie wzięło... Ale chętnie oddam! Każdemu kto tylko będzie chciał ;-)

@Olik: Ależ ja nie rezygnuję ;-) Tylko dochodzę do wniosku, że może faktycznie aż tak to nie chcę, mogę poczekać ;-) Domyślam się, że co innego jest "nosić pod sercem" własne, a co innego bratanek. Ale tak czy inaczej - wizja mnie i takiego Maleństwa, a co więcej wizja Maleństwa i TŻeta to już pełne przerażenie. A do tego wizja nas samotnie dających sobie radę gdzieś na końcu świata, gdzie żadna z babć nie będzie w stanie przyjechać i nas poratować - to już makabra :-(. Tak więc spokojnie: mam czas, mam czas, mam czas, mam...

6. Olik napisał(a):
20 sierpnia 2008, 07:33:36

Wizje to często można sobie o kant dupy rozbić. Ileż ja wizji miałam a potem się okazywało że wyszło zupełnie inaczej?
Np. nie wyobrażałam sobie siebie w ciąży. Myślałam że od 3 miesiąca będę strasznie gruba, z wielkim brzuchem a z powodu swoich "zajściowych" problemów będę musiała całą ciążę leżeć plackiem. I tego się strasznie bałam. Jakby mi ktoś powiedział, że będę dumna z brzucha i będę śmigać na basen, to bym nie uwierzyła.

Dodaj komentarz: