Pracowałam w Szwecji

19 września, 2008

Tak właśnie. Udało mi się. Znalazłam pracę i przepracowałam w niej całe... 5 godzin. Następnego dnia szef podziękował mi za współpracę. Powód? Za bardzo chciałam pracować legalnie, a panu najwyraźniej nie o to chodziło. Ale po kolei...

Koleżanka moja umieściła swoje ogłoszenie w portalu dla Polonii w Szwecji. Tego samego dnia zadzwoniła do niej pani, że szuka kelnerki dla swojego byłego pracodawcy. Praca legalna, na biało, pensja co prawda głodowa, ale to nic. I zaczyna się od dnia następnego. Koleżanka nie koniecznie mogła pracować na cały etat, więc pani zgodziła się na dwie osoby zamiast jednej. Niewiele myśląc dziewczyna zadzwoniła do mnie, bo wiedziała jak desperacko szukam pracy. Poszłyśmy więc razem - ja na rozmowę, ona już do pracy (bo przecież praca od już ;-)). Trochę się dowiedziałyśmy co i jak i w ciągu kilkunastu minut wszystko było ustalone. Przynajmniej tak nam się wydawało. Szef okazał się Arabem z Maroka, a jego cała załoga to dwie kobiety - Turczynka i Bułgarka. Z nich wszystkich po szwedzku mówił tylko szef, po angielsku nikt. Jak więc tu się dogadywać?! Tym bardziej, że żadna z nas nie miała pojęcia co tak naprawdę przyjdzie nam robić... W końcu doszliśmy do porozumienia, że pani, która nas wyszukała przyjedzie i wyjaśni co i jak. Na tym stanęło wieczorem, gdy już byłam po pierwszym dniu pracy.

Pierwszy dzień, czyli pierwsze (i jedyne) moje 5 godzin to był żart. Miałam być kelnerką na sali, przyjmować zamówienia, rozmawiać z klientami (bo znam języki, więc się dogadam), podawać jedzenie i przyjmować należność. Tyle zrozumiałam. Niestety to nie cała moja rola. Do tego miałam również pomagać kroić w kuchni, sprzątać, szykować jedzenie na dzień następny, zmywać, uśmiechać się i kontrolować sytuację. Tego dowiadywałam się już w trakcie, podczas pracy, gdy akurat coś tam wypadało zrobić. I to też nie było takie złe, w końcu miałam pracę i to było ważne. Ale... w pewnym momencie okazało się, że właściciel tak naprawdę to nie wie co ja mam robić, bo raz miałam nalewać wino i nie mówić mu, bo po co, a za chwilę już wyliczać się z każdego kieliszka przed nalaniem. Miałam zapisywać wszystkie zamówienia na kartkach, ale nie, bo przecież pracuję w restauracji i muszę to wszystko spamiętać! Mam znać na pamięć skład sałatek i wszystkiego (pierwszego dnia) i muszę być w stanie opisać ich skład w co najmniej 3 językach (z czego przecież francuskiego nie znam...). Itd. Itp. Koniec końców padłam wieczorem wykończona po pracy (godziny pracy 18-23, przy połączeniu pociągowym takim, że w domu byłam prawie o 0:30) z mocnym postanowieniem wyjaśnienia tego wszystkiego następnego dnia.

Pierwszego dnia pracy spędziłam upojne pół godziny przy telefonie, próbując dowiedzieć się od pani, co tak naprawdę należy do moich obowiązków i czego szef chce. Jednocześnie ciągle jeszcze nie miałam podpisanej umowy, co też dosyć mocno mnie martwiło. Podzieliłam się tymi obawami z kobietą, która obiecała wyjaśnić sytuację i poinformować mnie co mam robić. Przy okazji dowiedziałam się, że nie obejmuje mnie żadne ubezpieczenie (co wypowiedziane w chwili, gdy jedna z pań przejechała się na majonezie i wyrżnęła głową w metalowy stół, stanowiło marne pocieszenie...) oraz, że najpierw muszę się sprawdzić, zanim podpiszą ze mną umowę. I to by było chyba na tyle z dnia pierwszego.

Drugi dzień pracy natomiast zaczął się po południu i skończył mniej więcej po 10 minutach, kiedy to szef wyjaśnił mi, że w sumie to on nie potrzebuje pomocy kelnerki wieczorem... Że tak naprawdę to on potrzebuje pizzermana, tylko nie zdawał sobie z tego sprawy. A że akurat jego brat przyjeżdża, to on go zatrudni i będzie po kłopocie... Więc on zrezygnuje z mojej pomocy (koleżanka ciągle jeszcze pracuje, bo rano to jak najbardziej potrzeba kelnerki do stania za kasą no i ona się nie dopominała o swoje). Ale pozwoli sobie zadzwonić jak tylko będzie jakieś wolne miejsce. Niech dzwoni, co mi tam. Może pójdę popracuję tam jeszcze, choć wątpię, bo rozmowa na migi z obsługą i ciągłe okej okej wprawiały mnie w rozstrój nerwowy. Szkoda mi tylko tej szansy, bo mogłam zarobić trochę więcej i mieć na wydatki na pewien czas. Ale trudno, bywa. A wszystko to dlatego, że bardzo chciałam mieć podpisaną umowę i wreszcie wiedzieć na czym stoję. Mieć zagwarantowaną pracę i mieć świadomość, że w wypadku wypadku nie będę płacić za to z własnej kasy. Trudno, poczekam i podejmę jakąś następną pracę. I zdecydowanie w dalszym ciągu będę nalegać na pracę legalną. Może się uda. Czego sobie życzę ;-)

Komentarze do wpisu "Pracowałam w Szwecji":

1. snufkin napisał(a):
19 września 2008, 14:33:36

Mój znajomy mawia, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.
Nie do końca się z nim zgadzam i prawdopodobnie robiłbym to samo co Ty, wolę wiedzieć na czym stoję, a nie po cichu liczyć, że wszystko się wyjaśni.

Powodzenia. ^^

2. Agnieszka napisał(a):
19 września 2008, 14:36:52

Nie sądzę, że byłam nadgorliwa. Po prostu chciałam dowiedzieć się kiedy otrzymam to, co zostało mi obiecane. Gdyby od początku mówił, że to praca na czarno, to co innego. Ale jeśli ktoś mówi mi, że to legalna praca i że wszystko dostanę, a potem już pierwszego dnia się okazuje, że z ubezpieczeniem mogę się pożegnać, to coś jest jednak nie tak... Teraz wolę już z góry zaznaczać, że szukam pracy legalnej, przynajmniej mniej problemów to stwarza, choć oddala nieco moment zatrudnienia pewnie.

3. Rafał napisał(a):
19 września 2008, 16:02:43

Bardzo dobre postępowanie. Układy na lewo, na słowa, nie wróżą nic pewnego. :)

4. Olik napisał(a):
20 września 2008, 10:24:10

Trzeba walczyć o swoje. Ja po 3 miesiącach pracy w mojej firmie (o której wiedziałam że jest OK) też domagałam się umowy, gdy jedna się skończyła a kolejną miałam dostać "w ciągu tygodnia". Bo kurcze nigdy nic nie wiadomo.

Dodaj komentarz: