Ett år och två dagar

04 marca, 2009

Czyli rok i dwa dni. Już tyle czasu oficjalnie mieszkam w Szwecji. Wydaje się jakby to było parę chwil, może ze 2-3 miesiące. A tu już minął rok. Muszę przyznać, że rok temu miałam nieco inne wyobrażenie jak to będzie "za rok". Pewnie każdy tak ma w swoim życiu, że nie wszystko się spełnia albo jest inaczej niż się oczekiwało. A u mnie... Cóż... Skoro minął rok to czas na małe podsumowanie :-)

Rok temu i jakiś miesiąc zaczęłam przeprowadzać nasze mieszkania w jedno. Dwa kraje do trzeciego. Trzy miasta, trzy mieszkania (w sumie to nawet i cztery, ale to czwarte to już nie ja przeprowadzałam) do jednego. Jeszcze nie do końca wszystko przywieźliśmy, jeszcze nie wszystko stoi tam gdzie powinno. Ale jednak już jest. Kosztowało mnie to sporo wysiłku i zarzekałam się, że nigdy więcej przeprowadzek. A już na pewno nie w przeciągu roku. Taaa...

Rok temu złożyłam papiery o szwedzki numer PESEL. Potem już tylko przyszło czekanie. Kilka tygodni i przyznali. I tak oto od tej pory egzystuję w społeczeństwie opartym na jednym "wszystkomówiącym" numerze. Tak na marginesie to już trzeci taki numer w moim życiu i tylko dwa z nich (fiński i szwedzki) na prawdę pozwalają na wszystko.

Co planowałam przez ten rok? Chciałam znaleźć pracę w zawodzie, zacząć uczyć się języka na serio, znaleźć grono znajomych lub chociaż kogoś z kim moglibyśmy wyjść na miasto czy do kogoś wybrać się w weekend, być może doczekać się potomstwa, a na pewno sprowadzić kota. Chciałam skończyć studia i mieć z głowy Finlandię. Chciałam mieć własny kąt, żeby się nie stresować już więcej czy aby na pewno będzie gdzie mieszkać za miesiąc. Chciałam żyć stabilnie i spokojnie.

To chyba tyle z "chciałam i planowałam". A co wyszło? W gruncie rzeczy sporo. Szwedzki poszedł mi dużo szybciej niż planowałam, może nawet w przyszłym roku już skończę edukację na poziomie gimnazjum lub uniwersytetu. A może nie... zobaczymy ;-) Na razie jestem w połowie podstawówki i nieźle mi idzie (chyba?). Praca w zawodzie to marzenie, na razie nie realne... Ale za to jakaś praca się trafiła, co już jest sukcesem. A dodatkowo płacą za naukę, więc nie jest źle. Choć nadal po cichu liczę na lepszą pracę... No i powoli otwieram się na nowe zawody (kurs nauczycielski, planowany kurs tłumacza, może kurs języka migowego... tyle opcji, tak mało czasu!). Własny kąt jest, choć aktualnie chętnie oddam go niemalże za darmo, z racji trwającego lekkiego remontu, który przekształca się powoli w generalkę z demolką ścian, wyrywaniem szaf ze ścian, zrywaniem wszystkiego do gołych pustaków i grasującymi wszędzie robotnikami, że o sławojce w piwnicy nie wspomnę... Ale mieszkanie jest. Spore. Blisko centrum. Z kiepskim dojazdem komunikacją miejską, ale przecież lato już niedługo a więc i czas na rowery!!! :-D

To tyle z tego co wyszło. A co nie wyszło? Nie skończyłam studiów, co uważam za swoją porażkę lub też zwycięstwo lenistwa nad rozumem. Nie doczekaliśmy się potomstwa, ale może to i lepiej, zważywszy na naszą obecną dziwną sytuację mieszkaniową (nie wyobrażam sobie dziecka w tym całym pyle i hałasie jaki aktualnie tu mamy). Kot do sprowadzenia ciągle w planach (rodzice nie chcą jej wypuścić ze swoich rąk... mówią, że za cudowny kot aby oddać ;-) pewnie szybciej oddadzą swoje łobuzy niż naszą królową), może już latem przyjedzie, jeśli do tego czasu mieszkanie będzie jeszcze stać i robotnicy sobie pójdą. No i jakoś tak w znajomości ubogo. Raz mieliśmy parapetówę dla współpracowników TŻta i potem jakoś się rozeszło... Chciałam zaprosić koleżanki z kursu, ale jakoś nie było kiedy... Teraz nie zaprosimy nikogo, bo trudno zaprosić gościa i powiedzieć, że jak chce siku to do piwnicy, do publicznej toalety na 24 rodziny... Aż głupio przecież ;-) Może coś jeszcze wyjdzie ze znajomości z różnymi ludźmi, ale na razie trzymamy się dzielnie we dwójkę. Może kiedyś...

A o stabilizacji chyba powinnam przestać marzyć, biorąc pod uwagę fakt, że za parę lat pewnie nas znowu gdzieś wywieje. W końcu ile można mieszkać w tym samym miejscu? ;-)


(Tak całkiem na marginesie powiem, że polscy robotnicy nie są tacy źli jak się o nich mówi. Może i piją w pracy, może i robią jakoś tak dziwnie, ale za to robią i to robią szybko. A nasi... zaczynają się pojawiać koło 7:30 i kręcą się po okolicy do 15:15 (max!). I nie to że pracują, o nie... Oni się kręcą. Wejdą do mieszkania na chwilkę, postukają (jak dobrze pójdzie), popatrzą, rozejrzą się i idą dalej gdzieś. Za kilkanaście minut wejdzie następny, rozejrzy się, rzuci jakąś rurę, zajrzy do szafy i pójdzie. Potem przyjdzie następny kilka godzin później, pogada przez telefon w dziurze, która kiedyś była łazienką, i pójdzie. I tak przez 10 tygodni. Cudnie...)

Komentarze do wpisu "Ett år och två dagar":

1. Aciddrinker napisał(a):
04 marca 2009, 18:32:56

Nie wytrzymałbym tak skrajnie socjalnego kraju jak Szwecja. Omijam szerokim lukiem. Mimo to piękny kraj ;)

2. dobeer napisał(a):
05 marca 2009, 00:04:55

A mnie za dwa dni minie dwa lata pobytu w Irlandii :) Czyli też zbliżone klimaty, znaczy rozmyślania mi się pojawiają. Ot tylko mnie w drugą stronę. Przyjechałem we dwójkę i aktualnie połowa z dwójki mieszka i pracuje w Polsce, bo tam znalazła pracę. Najbliższe miesiące zadecydują, czy pomieszkam tu dłużej, czy to może mój ostatni rok tutaj. A aktualnie żyję sobie rozpięty między trzema miejscami na Ziemi :)
BTW. Zdaje się chciałem Cię "skumać" z moją znajomą, która też rok temu przeprowadziła się do Szwecji. Z tego co wiem, to ona też teraz robi "podstawówkę", a ostatnio nawet z mężem i dzieckiem przenosili się do nowego mieszkania w Sztokholmie. Nie wiem, czy Magda się do Ciebie odzywała, czy nie, ale znajomość z nią, pewnie teraz by się przydała, bo jej mąż pracuje w Szwecji w firmie budowlanej :)
A może jak się w końcu wybiorę ich odwiedzić, to dasz się namówić na mini zlot joggerowy i poznasz ich przy okazji? Z mojego doświadczenia wynika jasno - w kupie raźniej ;)

3. pikku napisał(a):
07 marca 2009, 00:00:26

publiczna ubikacja? co to za slams?

4. Agnieszka napisał(a):
09 marca 2009, 13:47:51

@Aciddrinker: Co kto lubi... Mi się tu akurat podoba.

@dobeer: Mieszkanie w kilku miejscach na raz to raczej już nie dla mnie :-) Pamiętam czasy (trochę ponad rok temu) gdy nie wiedziałam gdzie są moje rzeczy - Łódź? Płock? Turku? Sztokholm? Czechowice? Gdzieś zgubione? A może u kogoś ze znajomych? Koszmar!
Obecnie zostały mi tylko trzy lokalizacje i niech tak na razie (maksymalnie) zostanie ;-)

A jeśli chodzi o powroty... Ja się ciągle zastanawiam, ale przechodzi mi po każdym przyjeździe do domu. Po kilku dniach już mam dosyć a po tygodniu czy dwóch marzę o ucieczce gdzieś ;-).

Koleżanka się nie odzywała, ale nie pomoże mi żadna firma budowlana (mam też parę znajomych, których partnerzy mają firmy lub pracują w budowlance), gdyż nasz remont sponsorowany jest (częściowo) przez administrację i to ona wybierała fachowców i nadzoruje to wszystko. My jedynie mamy się cieszyć, że ktoś postanowił nam ten azbest wywalić z domu ;-)

Co do zlotu - zapraszam :-D Bardzo chętnie się spotkam, może oprowadzę trochę po mieście itp ;-)

@pilkku: Oj aż slams to nie... Zwyczajnie musieli to jakoś rozwiązać... I tak nie jest tak źle jak na sąsiednim osiedlu, gdzie postawili kontener przed blokiem i tam ludziska łażą. U nas przynajmniej jest zamykana na zamek elektryczny, tam nie jestem pewna... (tak, po 2 tygodniach biegania po schodach żeby się umyć albo wysikać, jest mi już wszystko jedno, a nawet zaczynam dostrzegać pozytywy sytuacji - zwłaszcza, gdy sąsiedzi mówią mi dzień dobry na przystanku ;-))

Dodaj komentarz: