Makbet

14 marca, 2009

Pierwsza opera (z pięciu) za mną. Na początek "poszedł" Makbet w Kungliga Operan. Ponoć najbardziej pechowa opera, a my (na przekór losowi) poszliśmy w piątek 13-tego. Warto było.

Nie wiem czy jest sens opisywać treść, bo chyba każdy wie o co chodzi w Makbecie, a jak nie wie to sobie wygoogla ;-). Co do samego przedstawienia - obsada świetna, muzyka piękna, całość efektowna, choć nie obyło się bez elementów zaskoczenia. Bo któż by się spodziewał karabinów maszynowych i świetlówka za czasów Makbeta?! Ale widać tak miało być ;-).

Pewnego rodzaju rozczarowaniem była dla mnie informacja, że sztokholmska opera nie wymaga strojów "oficjalnych", czyli każdy może przyjść ubrany jak chce. Szkoda, że dowiedziałam się o tym po tym, jak spędziłam jakąć godzinę próbując wymalować twarz w barwy wojenne w miniaturowym lusterku stojącym na stoliku (remont łazienki i brak lustra w domu czasem jednak przeszkadza) i po stwierdzeniu, że nie mam żadnego ładnego ciucha do opery. W końcu wybiegłam z domu w jedynych szpilkach jakie mam (które zdjęłam w połowie przedstawienia, bo już nie dałam rady samotorturom ;-( ), w spódnicy dość cienkiej jak na zimowy wieczór, i w sweterku, który jest ładny, ale nie do końca nadaje się do opery ;-). Nie było jednak tak źle i na następne przedstawienia, z pełnym spokojem i opanowaniem, pójdę w dżinsach, t-shircie i ulubionych traperach. Może nie będę najbardziej elegancka na widowni, ale będę szczęśliwa, mogąc w spokoju skupić się na operze.

Muszę jeszcze dodać, że opera, jako że składa się z muzyki i ludzi występujących, stanowi dla mnie swoistego rodzaju wyzwanie. Nie jest łatwo skupić się na tym, co się dzieje na scenie, gdy pochłania mnie oglądanie jak muzycy grają. A gdy już oderwałam się od kotłowego (on się na pewno jakoś nazywa, ale nie wiem jak ;-)) to problematyczne stawało się ogarnięcie zarówno napisów jak i sceny. Tak właśnie, napisów. Bo tutejsza opera ma cos na kształt telepromptera, na którym w trakcie przedstawienia wyświetlane są podpisy (nadpisy?). Ma to swoje plusy i minusy. Niewątpliwie łatwiej jest oglądać włoskie przedstawienie, jeśli są napisy w rodzinnym języku (lub języku, który się udaje, że się zna), jednak mimo wszystko skupianie wzroku poza sceną sprawia, że gubi się nieco wątek. Ale coś za coś.

Teraz pozostało nam wybrać na co idziemy następnym razem, a nie jest to łatwy wybór... Już niedługo następny wpis z opisem następnych działań :-)

Komentarze do wpisu "Makbet":

1. Martin napisał(a):
20 marca 2009, 01:34:45

Witaj
Odwiedziłem twoj blog po raz drugi i po raz drugi nie żałuję:) Za pierwszym razem popełniłem mały wpisik do twojego tekstu o wierze w siebie, cieszę się że ci się spodobal:)
Zrobiła na mnie wrażenie twoja lista działań, 101/1001, świadczy ona że jesteś niezwykle głodna życia, jeśli zrealizujesz choć połowę punktów w niej zawartych, na pewno poczujesz, że żyjesz pełną piersią:)
Co do Makbeta, jakże ja się steskniłem za operą, ale przyznam, że jednak najbardziej lubię aranżację tradycyjną, bez karabinów maszynwych:))
Jeśli mogę doradzić następną sztukę, to myślę, że kontynuacja twórczości mistrza jest dobrym wyborem, tym razem przejdźcie się na: Tytus Andronikus:)
Opowiastka romantyczna to nie jest ale odgrywana na scenie robi przeogromne wrażenie, gdyż jest to wielkie przedsięwzięcie. Niestety, jest to rzadko wystawiana sztuka.
Czytając twoj wpis i analizując twoja listę, dochodzę do wniosku, że poszukiwanie samej siebie a także szcześcia w życiu wychodzi ci całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę utrudnione warunki obczyźniane, to jesteś baba z jajami:) Robisz bardzo wiele i w dość krótkim czasie, czyżbyś była 18-letnią doktorantką? Tyle energii :))
Ps. Tak na marginesie, może doradziłabyś co warto zobaczyć w Sztokholmie, tak na tydzień pobytu?
Pozdrawiam

Dodaj komentarz: