Najazd Rodzinny
12 lipca, 2009
Najazdy Rodziców i Teściów wiąże się z różnymi ciekawymi spostrzeżeniami.
Teoretycznie przyjeżdżają po to, aby spotkać się z nami, odpocząć z nami, pozwiedzać z nami, itp. Z nami. Ale zanim przyjadą trzeba posprzątąć, przygotować wszystko, zaplanować czas, itd, itd. Tak więc na odpoczynek nie bardzo jest czas i sposobność. A później są. I też trzeba się nimi zająć, jakoś zorganizować czas. Ale ogólnie zabawa jest fajna, nie?
Gorzej, gdy nagle okazuje się, że nasze plany i pomysły nie do końca odpowiadają założeniom Rodzin. I wtedy nagle okazuje się, że nie wszystko jest tak cudownie, że coś zgrzyta, że nagle chcemy by czas przyspieszył i żebyśmy znowu byli sami. I nie ma znaczenia jak bardzo cieszyliśmy się na przyjazd wspomnianych. Nie ma też znaczenia jak bardzo ich kochamy czy lubimy. Faktem jest, że po pewnym czasie mieszkania samodzielnie, człowiek ma inne poglądy na wszystko i inaczej organizuje sobie życie. A "stare" rodzinne pzyzwyczajenia jakoś odchodzą w niepamięć. Naszą niepamięć, bo Rodziny doskonale pamiętają. W końcu oni cały czas tak żyją.
I tu zaczynają się schody, bo gdy my chcemy im pokazać coś innego, oni nadal wierzą, że stare jest dobre. Nie wszyscy są otwarci na nowości, nie wszystko wszystkim pasuje. Nie każdy musi lubić to samo i nie każdy tak samo postępuje. A właściwie każdy robi wszystko inaczej. I tak oto okazuje się, że istnieją pewne rozbieżności w zachowaniu. I jeśli dochodzi do tego jeszcze druga część Rodziny - partner/partnerka, która to osoba wychowana jest nieco inaczej, to okazuje się, że bardzo ciężko jest znaleźć wspólny front. I nagle nic już nie jest takie jak było w domu. I nagle zaczynamy myśleć o powrocie ( "pojedźmy już", "niech już pojadą", "tęsknię za domem", ...). A potem następuje rozstanie, chwilowa ulga i... żal, bo przecież tylu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić, tak krótko byli, tyle jeszcze trzeba obgadać...
A w związku z mającymi nastąpić w grudniu narodzinami nachodzą mnie różne myśli. Pojawi się nowa istota. Pojawi się nowy charakter. Pojawią się nowe problemy i pojawią się nowe "stare" przyzwyczajenia. I następne konflikty w wychowaniu czy przyzwyczajeniach. I rodzi się pytanie - czy tak naprawdę musi być? Czy nie ma jakiegoś sposobu na uniknięcie "gadania"? Czy jest jakiś sposób żeby wychować dziecko tak, żeby za te kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, w chwili wyprowadzki z domu na własne i trochę po tym czasie, żeby po tych wydarzeniach odwiedziny Rodziny nadal były czymś miłym a nie problematycznym? Czy zawsze już będzie tak, że przyjazd Rodziny będzie się wiązał ze stresem, niepotrzebnym udawaniem i planowaniem co by się spodobało a czego unikać?
Chciałabym być Matką, która będzie mile widziana w domu potomstwa. Chciałabym być osobą zapraszaną z sercem i taką, której przyjazd jest czymś fajnym a nie stresującym. Żeby autentycznie wiązał się z radością, a nie obowiązkiem. Żeby moje dzieci wiedziały, że nie muszą się specjalnie dla mnie starać i udawać czegoś czego nie ma. Że kocham je takie, jakimi są a nie jakimi wydaje im się, że chciałabym by były. :-)
Chciałabym też wychować swoje dziecko/dzieci na ludzi otwartych a jednocześnie nie chcę, żeby ktoś swoim zachowaniem starał się ich urazić. Owszem, mogę tłumaczyć czy nauczyć Młode, że ludzie są różni, ale jak przygotować ich na to, że ten sam człowiek może być jednocześnie kimś miłym i ważnym, a z drugiej strony wbić szpilę? Jak mogę tego nauczyć, skoro sama, przez tyle lat nie zdołałam tego zaakceptować? Jak wychowywać dzieci?
Komentarze do wpisu "Najazd Rodzinny":
Jeszcze nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz: