Ślub
27 października, 2009
Dawno nic nie pisałam, więc czas najwyższy coś wtrącić od siebie :-) Dziś będzie na poważnie, bo jakoś tak wyszło. Wpis zainspirowany weekendowym rozważaniem imprezowym oraz wczorajszym mailem od koleżanki. Tak, będzie o ślubach.
Jak pewnie doskonale wszystkim wiadomo, żyjemy sobie bez ślubu. Taki konkubinat można by rzec. Trwa to już ładnych parę lat i jakoś dobrze nam z tym. Czasem (coraz częściej) ktoś spyta kiedy ślub, zwłaszcza że 2.0 rośnie w brzuchu. No właśnie - kiedy i czy na pewno? Skoro od tylu lat jest dobrze to czy warto coś zmieniać? Czy warto ulepszać dobre? I czy na pewno będzie to ulepszenie?
Stwierdzenie, jakie padło na imprezie, a które zmusiło mnie nieco do myślenia brzmiało - są tysiące powodów dla których nie warto brać ślubu, ale tylko jeden powód żeby to zrobić. I tu następuje chwila na zastanowienie - czy faktycznie miłość jest jedynym powodem do wzięcia ślubu? Czy każdy kto kocha musi brać ślub? Co to zmienia? Owszem, jest papierek, jest możliwość spadku, jest dowiadywanie się w szpitalu o stan zdrowia, itp. Ale czy coś więcej? Co daje taki papierek psychicznie? Świadomość, że to już na zawsze? Że na dobre i złe? A czy gdyby bez papierka coś się stało to od razu musi znaczyć, że się odejdzie? Że ucieknie się po tylu latach? Co daje papier?
W sierpniu byłam na ślubie pewnego młodzieńca i pewnej dziewczyny. Oboje (chyba?) lat 23, więc młodzi jak na mój gust. Znają się już trochę czasu, mieszkają razem w akademiku czy innych mieszkaniach wynajętych, itd. Ogólnie są razem. Nagle zdecydowali się na ślub. Nie wiem czy mieli ku temu inne powody niż miłość i możliwość mieszkania rodzinnego w akademiku. Nie wnikam (choć o ciąży nie słyszałam). Natomiast zastanowił mnie fakt brania ślubu w tym wieku. Gdybym ja zdecydowała się na to mając 23 lata, byłabym teraz "śląską babą" z co najmniej dwójką albo i już trójką dzieciaków uwieszonych u ramion, z ciężkimi torbami z zakupami, mieszkającą w Katowicach na mniej więcej 40-50 m2. No i oczywiście z mężem, którego jedynym obowiązkiem jest zarabiać kasę na to wszystko. Happy end? No nie wiem...
Z drugiej strony co mam teraz - mieszkanie "na wygnaniu" 83 m2, dziecko w drodze, słabe perspektywy na coś innego niż bycie kurą domową, kolejne nieukończone studia... i wymarzonego Mężczyznę - Anioła (bardziej jak Globisz niż jak Wilhelmi ;-)). Może więc nie jest źle i dobrze zrobiłam czekając? I następne "ale" się rodzi. Na co teraz czekam? Czemu teraz nie jestem w stanie zdecydować się na ten krok? Czyżbym podświadomie czekała na coś jeszcze? Ale na co? Na lepsze życie? Na pracę? Młodsza się nie robię, bieli na ślubie już raczej używać nie powinnam, więc nie wiem co mnie powstrzymuje. Może to odwieczne robie na złość - wszyscy mówią tak to ja inaczej. A może faktycznie czekam na jakiś sygnał? Tylko jaki...?
Niedawno odbyłam pewną rozmowę z pewną osobą, która po wielu latach małżeństwa powiedziała mi otwarcie, że gdyby nie pewne wspólne zobowiązanie to już dawno byłaby po rozwodzie. Jedna rzecz trzyma ich razem, choć wcale nie jestem pewna czy jej mąż zdaje sobie z tego sprawę. Osoba ta otwarcie mówi, że czas na mój ślub jednocześnie po cichu mówiąc, żebym może jeszcze pomyślała. Żebym upewniła się, co do pewnych "szczegółów". Obłuda czy dobre rady? Nie wiem... niewątpliwie jednak dają do myślenia.
Wracając do stwierdzenia z imprezy - gdyby wierzyć w jego słuszność, już dawno powinniśmy być po ślubie. Jednak dalej jest chyba we mnie jakaś bariera. Jakaś chęć bycia niezależną. I choć wiem, że w życiu nie skorzystam z tej furtki, to jednak czuję się pewniej mając ją. Z drugiej strony mam poczucie, że nie zniewoliłam swojego partnera, że on też w każdej chwili może się wycofać i powiedzieć "papa". Czy to dobrze? Znowu nie wiem. Ale może przez to bardziej się staramy być dla siebie, skoro mamy świadomość ulotności chwili? A może właśnie to jest ostatnie ogniwo, które musimy połączyć, żeby zobaczyć jacy jesteśmy naprawdę? Co się zmieni gdy już nie będzie odwrotu (innego niż rozwód)? Czy nadal będzie idealnie? Czas pokaże... w końcu i na nas przyjdzie kiedyś kolej...
Komentarze do wpisu "Ślub":
1.
bobiko napisał(a):
27 października 2009, 15:02:39
Ślub, wesele.. Wielokrotnie życie udowadniało, jak bardzo się mylimy do tych rzeczy. Każdy powie - ślub to oczywistość, miłość, zaufanie, rodzina i na tych zasadach funkcjonowało to jakoś. Dzisiaj poprzez liczne wpadki, pomyłki, znaczenie ślubu w terażniejszej materii spadło poniżej zera. Traktowane jako konieczność, nie obowiązek (to dotyczy wierzących osób) bo "co ludzie pomyślą". Konserwatywne rodziny wymagaja tego (u mnie tez sie zdarza), z punktu ekonomicznego staje się opłacalne, są zobowiązania i git. wszystko gra. Starszyzna uspokojona, podatki płacone, wychowanie gra.. ale.. no właśnie przyzwyczajenie, obojętność zdrada. Oddzielność majątkowa. itp.itd.
2.
Ela napisał(a):
08 listopada 2009, 18:06:46
Najważniejsze to robić to co sprawia, że oboje jesteście szczęśliwi. Ja nie ukrywam, nam wystarczył właśnie ten jeden powód - miłość - aby sie pobrać. Chcieliśmy złożyć sobie nawzajem tę przysięgę. Owszem, potem było pytanie: może będziemy tylko my i nikogo więcej - bo to przecież my jesteśmy tu najważniejsi? Ale po głębszym zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że chcemy aby nasi najbliżsi (rodzice, przyjaciele) także uczestniczyli w tej uroczystości...wesele więc było...Czy coś się po tym zmieniło między nami? Oczywiście, że nie! Jesteśmy szczęśliwi, kochamy się tak jak kiedyś, a może nawet bardziej..i tyle..
Najważniejsze to robić to czego się pragnie i już! Wg mnie, nie każdy musi mieć ślub? Właściwie dlaczego?
3.
Ja napisał(a):
08 listopada 2009, 18:17:19
Acha...jeszcze jedno: ta osoba z "dobrymi radami" to obłuda oczywiscie a nie dobre rady!
Jeśli sami wobec siebie nie jesteśmy szczerzy, jeśli nie jesteśmy uczciwi wobec osoby z którą idziemy przez życie...czy ma to jakiś sens???Po co brnąć w takie coś?
Wypada? CO ludzie powiedzą? Zobowiązania? - A czy nie można zobowiązań wypełniać NIE będąc w tym związku? A może wtedy byłyby one lepiej wypełniane i nikt nie musiałby żyć w permanentnym kłamstwie?
Odrobina uczciwości wśród nas maluczkich i świat mógłby być rajem:):):)
4.
Agnieszka napisał(a):
13 listopada 2009, 19:10:04
@bobiko@ No właśnie ta konieczność mnie zniechęca nieco. Co to w ogóle jest za tłumaczenie - weź ślub bo musisz? Bo wszyscy biorą, bo tak jest, bo...
@Ela: Też sądzę, że nie każdy musi, bo też nie każdy chce. A jak chce to zapewne chce mieć taki a nie inny. Wiem aż za dobrze jak wyglądać będą przygotowania do ewentualnego naszego ślubu i aż mi się odechciewa. To mój ślub i mojego mężczyzny, więc chyba powinno być tak jak my chcemy... Chyba...
@Ja: Zgadzam się z Tobą co do życia w kłamstwie. Choć czasem są rzeczy, których lepiej nie mówić, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Nie mówię tu o rzeczach istotnych, ale np. o tajemnicach czy plotkach rozpowszechnianych przez kogoś. Jeśli ktoś mówi mi coś i prosi o dyskrecję to niekoniecznie muszę się tym "chwalić" nawet najbliższym.
5.
góralka napisał(a):
29 marca 2010, 22:14:02
nie byłabyś śląską babą - byłabyś zawsze gorolką ;) subtelna różnica
Dodaj komentarz: