Kawa

10 września, 2008

W pewnym momencie blogowania każdy pisze o kawie. Nie wiem czym jest to spowodowane, pewnie faktem, że jest niemalże wszechobecna w naszym życiu. Osobiście, jako nałogowa pijawka herbaciana, obojętnie przechodzę obok tematów kawowych. Zwyczajnie nie rusza mnie zapach czy smak kawy. Jednak nawet w moim życiu bywa czas, gdy po prostu muszę...

Czytaj dalej...

Pokarmowo

15 lipca, 2008

Czytałam wczoraj czy przedwczoraj artykuł w Wyborczej o tym co jedzą Polacy na emigracji. Nie jest to pierwszy tego typu tekst jaki czytałam, ale ten wyjątkowo mną poruszył. Pewnie jest to związane z moimi ostatnimi problemami zdrowotnymi lub też rozważaniami na temat braku pracy, a co za tym idzie braku pieniędzy. Tak czy inaczej zaczęłam się zastanawiać co takiego ja jem. Sprawdziłam zawartość lodówki, popatrzyłam co jest w szafkach, rzuciłam okiem na półki w sklepie... Wyszło na to, że faktycznie kupuję rzeczy tanie. Nie koniecznie najtańsze, ale te z tańszych. Mięso kupujemy sporadycznie, w większości "żerujemy" na tym co przywieziemy z Polski lub co przywiozą nasi goście (jak nie wiecie co nam kupić, to kilo wołowiny jest świetnym pomysłem ;-)). Ale kupujemy również na miejscu. Dziś np. kupiłam 1,3 kg wołowego mięsa mielonego. Kupiłam bo było tańsze, a nie dlatego że potrzebujemy. Mamy jeszcze trochę zapasów, ale jeśli mięso jest w cenie 40 koron za kilo, zamiast 90 czy 100, to dlaczego mam nie kupić? To samo dotyczy serów. Jeśli wiem, że mogę kupić 2 kg "zwykłego" żółtego sera w cenie 0,5 kg jakiegoś super, to dlaczego mam nie kupić? Przecież i tak z reguły jest on stosowany jako dodatek czy też wypełniacz (posypka do pizzy czy spaghetti). Albo pomidory w puszce - co za różnica czy kupię pomidory firmy noname typu Spar czy ICA, czy też jakieś super włoskie. W środku i tak znajdują się całe pomidory (lub pulpa, zależy co akurat kupuję) w sosie z tychże. Ewentualnie jest może trochę więcej cukru czy konserwantów, ale to też niekoniecznie (tak, czytam zawartość puszki przed kupieniem, ot głupie przyzwyczajenie z czasu kupowania jedzenia dla kota). Warzywa i owoce jemy sporadycznie (zły nawyk, bardzo zły nawyk), ale jak widzę czereśnie za 150 koron kilo to mi się nóż w kieszeni otwiera. Albo pudełeczko truskawek za 20 koron... (na kilo wyszło by jakieś 5-6 pudełeczek). Już wolę kupić mrożone i cieszyć się, że w ogóle są. I to są te tańsze wybory.

Z drugiej strony jednak nie zdarza mi się raczej jazda do Lidla po tanie rzeczy. Po pierwsze za daleko trochę a po drugie - komu by się chciało dla kilku koron? Tutaj mam pod ręką, kilka minut spacerkiem, i wiem, że jest świeże. W Lidlu w Finlandii bywało, że sałata nie była już pierwszej świeżości lub też pomidory nadawały się tylko na przecenę. Nie wiem jak wygląda sprawa tutaj, bo nie byłam jeszcze. Natomiast bywamy w Willy:s'ie i faktem jest, że mają trochę taniej. Nie koniecznie wszystko i nie koniecznie zawsze, ale miewają. I tak, wtedy jedziemy samochodem po większe zakupy, jeśli wiemy że jest np. promocja 10 butelek napojów firmy Coca Cola za powiedzmy 100 koron. Albo gdy "rzucą" tani cyder ;-)

Z trzeciej strony jednak, jak tak patrzę i porównuję z artykułem, to nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli jeść ciągle i wyłącznie fasolkę z puszki. Wyszukiwanie tańszych rzeczy to jedno, ale jedzenie najtańszego to już przesada. Może jestem dziwna, ale nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli nie zjeść jakiegoś lepszego sera, pleśniowego czy żółtego. Nie codziennie, oczywiście - na to jesteśmy za biedni, ale kupienie kawałka sera nie jest przecież jakąś tragedią. To samo z kiełbasą czy mrożonkami. Czasem dorzucenie kilku koron do wydatku podnosi znacznie jakość jedzenia. Ale z drugiej strony np. można oszczędzić piekąc chleb w domu (tutejszy to jakaś tragedia! Skandynawowie w ogóle nie znają się na pieczywie...) czy gotując własne posiłki zamiast jedzenia na mieście. Choć akurat w porze lunchu ceny nie są zabijające, więc czasem można też wyskoczyć na coś dobrego ;-).

Tak czy inaczej, czytając powyższy artykuł doszłam do jednego wniosku - jeśli ktoś jedzie zarobić i oszczędzić, a własne zdrowie nie ma dla niego znaczenia, to jasne, że można się wyżywić za kilkadziesiąt koron tygodniowo. Jeśli natomiast ktoś jedzie żeby żyć i ma w pewnym poważaniu swój stan zdrowia, to zapewne będzie kupować trochę lepsze jedzenie. Warto, bo ceny lekarstw i lekarzy są tutaj zabójcze i oszczędzanie na lepszym jedzeniu może się skończyć na bardzo wysokich rachunkach za wizyty. Czego doświadczyłam, doświadczać jeszcze będę i czego nikomu nie życzę (choć akurat ja załatwiłam się nie kiepskim jedzeniem a kiepskimi pomysłami ziołowymi...).

Długa przerwa

28 czerwca, 2008

Dawno się nie odzywałam, ale miałam powody. Głównie najazd Teściów i związane z nim odgruzowywanie mieszkanka i szykowanie się psychiczne. Najazd przeżyliśmy, nie było źle, a wręcz całkiem miło. Za mniej więcej 2 tygodnie powtórka - tym razem szwagier z dziewczyną. Będzie więcej luzu, ale też i dłuższy pobyt. Mam nadzieję, że będzie im się podobało...

A co u mnie poza tym... Pracy nie ma, nowego mieszkanka nie ma, pomysłu na wakacje nie ma, czasu na wakacje też nie bardzo. Ogólnie to jak za dawnych czasów - nic nie ma, tylko ja jestem ;-). No i dół permanentny, ale to też kiedyś minie, bo musi.

W ramach "przygody z latem" (czyli udawania, że te 15 stopni za oknem to śliczne lato) kupiliśmy grilla. To nic, że mamy już 2 elektryczne. Ten jest węglowy! Taki prawdziwy grill, w którym można zrobić pyszne mięso przesiąknięte dymem, kukurydzę z masełkiem czy też (wczorajszy pomysł Mojego Mężczyzny) ananasa w mleczku kokosowym z grilla. Tzn. ananas był wytaplany w mleczku i potem grillowany. Pychotka!

Wczoraj też pomogłam koleżance "przywieźć" rodzinkę z lotniska. Nie obyło się bez przygód typu zerwany pedał sprzęgła (nie, nie wiem jak to działa, pedał wpadł i nie chciał wyjść a jakiś płyn polał się za nami) i niemożność dalszej jazdy na 5 km przed lotniskiem. Na szczęście przeuroczy zespół policjantów szwedzkich, w osobach jednej drobnej kobiety i jednego mężczyzny rozmiarów Pudziana, pomogli nam umieścić trójkąt na dachu, zepchnąć auto z ronda do rowu (nie wspomniałam, że na rondzie się zepsuło?) oraz odwieźć mnie po rodzinkę. Nie wiem w jakim stanie jest aktualnie samochód ani czy rachunkiem za naprawę obciążą mnie czy sami zapłacą (ich autko, ja tylko prowadziłam, a sprzęgło nadawało się do wymiany dużo wcześniej) ale cieszę się, że mam tą podróż już za sobą.

I tak właściwie nic więcej nie mam dziś do dodania. Mogłabym wrzucić parę zdjęć z pobytu Teściów, ale po pierwsze - nie ja je robiłam, a po drugie - nie jestem przekonana czy oni by sobie tego życzyli. Tak więc zdjęć nie będzie. Będzie kolejne milczenie, chyba że najdzie mnie jakaś myśl lub temat wart poruszenia.

Zmęczonam

27 maja, 2008

Ciągle jestem zmęczona. Śpiąca. Nie wiem czemu, przecież pogoda śliczna a i śpię ostatnio nie tak mało. Fakt, że mniej niż kiedyś, ale przecież ciągle to jeszcze jest tych 6-7 godzin na dobę. I jakaś taka rozlazła się zrobiłam. Niby wszystko jest ok, ale jednak... Coś jest nie tak. Może to faktycznie antybiotyki mnie wykończyły, może nie do końca jeszcze jestem zdrowa. A może zwyczajnie czas na jakąś przerwę czy zmianę. W piątek ma przyjechać dziewczyna z CS a ja nie mam siły nawet myśleć gdzie ją zabrać czy co pokazać. Ot zwyczajny brak sił do życia.

Myślałam, żeby dla poprawienia nastroju, zrobić coś dobrego do jedzenia. Zawijasy mi się dziś nie udały, bo za małe mięso wzięłam i wyszły zrazy. Ale może czas na coś słodkiego? Może ciastka francuskie z powidełkami? Albo lody? A może pieczone jabłka...? Albo coś z czekoladą... Sama nie wiem na co mam ochotę. A prawdę mówiąc to wiem - na żadne z powyższych. W sumie to nawet jeść mi się nie chce. Zdecydowanie jestem chora :-(

Szukam lekarstwa na swój stan...

Kulinarnie

19 kwietnia, 2008

Jest sobota, piękny dzień. Zachciało nam się czegoś dobrego, a co może być lepszego niż ciacho? No to zrobiłam ciacho, kruche ciacho a'la tarta. Tylko, że forma okazała się być nieco mniejsza niż zaplanowałam i z tego wszystkiego wyszły mi dwa... Tak więc chętnych zapraszam na sobotnią "tartę" z jagodami i bitą śmietaną oraz na "tartę" z jabłkami i cynamonem. Do tego serwujemy niemal każdy rodzaj herbaty jaki można wymyślić, tudzież kawę (w zdecydowanie mniejszym wyborze) ;-).

A poza tym słońce za oknem powoli zbliża się do horyzontu, niedługo zacznie się zmierzch... a ja ciągle nie mam pomysłu na obiad. Dobija mnie czasem gotowanie. A właściwie nie gotowanie a wymyślanie co by tu ciekawego zrobić... Pewnie dziś przepadnie mi ta przyjemność, bo dwa ciasta mogą nam wystarczyć na cały dzień ;-). A jak nie... to może... Trójkolorowe "tagliatelle" z makaronu, marchewki i cukinii z odrobiną oliwy z oliwek i przypraw...? Albo zapiekanka ziemniaczano-porowa... Albo zupka chińska na dobranoc. Zobaczymy co przyniesie wieczór. I to jest najpiękniejsze w weekendach - bez pośpiechu, bez stresu, jemy kiedy chcemy celebrując przygotowania i samo jedzenie. A potrawa nie musi być skomplikowana, po prostu musimy mieć na nią ochotę.

Zapraszam więc na ciacho, herbatę i... może jakiegoś drinka? Czym chata bogata!