Czytałam wczoraj czy przedwczoraj artykuł w Wyborczej o tym co jedzą Polacy na emigracji. Nie jest to pierwszy tego typu tekst jaki czytałam, ale ten wyjątkowo mną poruszył. Pewnie jest to związane z moimi ostatnimi problemami zdrowotnymi lub też rozważaniami na temat braku pracy, a co za tym idzie braku pieniędzy. Tak czy inaczej zaczęłam się zastanawiać co takiego ja jem. Sprawdziłam zawartość lodówki, popatrzyłam co jest w szafkach, rzuciłam okiem na półki w sklepie... Wyszło na to, że faktycznie kupuję rzeczy tanie. Nie koniecznie najtańsze, ale te z tańszych. Mięso kupujemy sporadycznie, w większości "żerujemy" na tym co przywieziemy z Polski lub co przywiozą nasi goście (jak nie wiecie co nam kupić, to kilo wołowiny jest świetnym pomysłem ;-)). Ale kupujemy również na miejscu. Dziś np. kupiłam 1,3 kg wołowego mięsa mielonego. Kupiłam bo było tańsze, a nie dlatego że potrzebujemy. Mamy jeszcze trochę zapasów, ale jeśli mięso jest w cenie 40 koron za kilo, zamiast 90 czy 100, to dlaczego mam nie kupić? To samo dotyczy serów. Jeśli wiem, że mogę kupić 2 kg "zwykłego" żółtego sera w cenie 0,5 kg jakiegoś super, to dlaczego mam nie kupić? Przecież i tak z reguły jest on stosowany jako dodatek czy też wypełniacz (posypka do pizzy czy spaghetti). Albo pomidory w puszce - co za różnica czy kupię pomidory firmy noname typu Spar czy ICA, czy też jakieś super włoskie. W środku i tak znajdują się całe pomidory (lub pulpa, zależy co akurat kupuję) w sosie z tychże. Ewentualnie jest może trochę więcej cukru czy konserwantów, ale to też niekoniecznie (tak, czytam zawartość puszki przed kupieniem, ot głupie przyzwyczajenie z czasu kupowania jedzenia dla kota). Warzywa i owoce jemy sporadycznie (zły nawyk, bardzo zły nawyk), ale jak widzę czereśnie za 150 koron kilo to mi się nóż w kieszeni otwiera. Albo pudełeczko truskawek za 20 koron... (na kilo wyszło by jakieś 5-6 pudełeczek). Już wolę kupić mrożone i cieszyć się, że w ogóle są. I to są te tańsze wybory.
Z drugiej strony jednak nie zdarza mi się raczej jazda do Lidla po tanie rzeczy. Po pierwsze za daleko trochę a po drugie - komu by się chciało dla kilku koron? Tutaj mam pod ręką, kilka minut spacerkiem, i wiem, że jest świeże. W Lidlu w Finlandii bywało, że sałata nie była już pierwszej świeżości lub też pomidory nadawały się tylko na przecenę. Nie wiem jak wygląda sprawa tutaj, bo nie byłam jeszcze. Natomiast bywamy w Willy:s'ie i faktem jest, że mają trochę taniej. Nie koniecznie wszystko i nie koniecznie zawsze, ale miewają. I tak, wtedy jedziemy samochodem po większe zakupy, jeśli wiemy że jest np. promocja 10 butelek napojów firmy Coca Cola za powiedzmy 100 koron. Albo gdy "rzucą" tani cyder ;-)
Z trzeciej strony jednak, jak tak patrzę i porównuję z artykułem, to nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli jeść ciągle i wyłącznie fasolkę z puszki. Wyszukiwanie tańszych rzeczy to jedno, ale jedzenie najtańszego to już przesada. Może jestem dziwna, ale nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli nie zjeść jakiegoś lepszego sera, pleśniowego czy żółtego. Nie codziennie, oczywiście - na to jesteśmy za biedni, ale kupienie kawałka sera nie jest przecież jakąś tragedią. To samo z kiełbasą czy mrożonkami. Czasem dorzucenie kilku koron do wydatku podnosi znacznie jakość jedzenia. Ale z drugiej strony np. można oszczędzić piekąc chleb w domu (tutejszy to jakaś tragedia! Skandynawowie w ogóle nie znają się na pieczywie...) czy gotując własne posiłki zamiast jedzenia na mieście. Choć akurat w porze lunchu ceny nie są zabijające, więc czasem można też wyskoczyć na coś dobrego ;-).
Tak czy inaczej, czytając powyższy artykuł doszłam do jednego wniosku - jeśli ktoś jedzie zarobić i oszczędzić, a własne zdrowie nie ma dla niego znaczenia, to jasne, że można się wyżywić za kilkadziesiąt koron tygodniowo. Jeśli natomiast ktoś jedzie żeby żyć i ma w pewnym poważaniu swój stan zdrowia, to zapewne będzie kupować trochę lepsze jedzenie. Warto, bo ceny lekarstw i lekarzy są tutaj zabójcze i oszczędzanie na lepszym jedzeniu może się skończyć na bardzo wysokich rachunkach za wizyty. Czego doświadczyłam, doświadczać jeszcze będę i czego nikomu nie życzę (choć akurat ja załatwiłam się nie kiepskim jedzeniem a kiepskimi pomysłami ziołowymi...).