<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>Z życia wzięte...</title><link>http://agnieszka.deontology.net/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Mon, 06 Feb 2012 20:45:26 +0100</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>Cosiowe 1/52: Muzeum Techniki w Sztokholmie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/25/cosiowe-1-52-muzeum-techniki-w-sztokholmie/</link><description>W weekend odwiedzili nas goście z Polski, co zaowocowało sobotnią wyprawą do muzeum. Wybór padł na Muzeum Techniki, bo warto, zwłaszcza z małym dzieckiem.

Jest to muzeum interaktywne, wiele z ekspozycji ma eksponaty nadające się do przesuwania, ruszania, kręcenia czy oglądania w formie filmów. Goście bawili się nieźle, zważywszy na ilość wystaw, chociaż trochę za późno się wybraliśmy i zabrakło na wszystko czasu. Córce najbardziej podobała się część o ekologii i prądzie, zwłaszcza wszelkiego rodzaju prądnice oraz wahadło Newtona. A i dorośli znaleźli conieco dla siebie. Szkoda, że wszystko jest po szwedzku, bo sporo czasu schodziło na tłumaczeniu co i jak. A można było zrobić tabliczki w dwóch językach i byłoby po problemie...
Niestety niezdążyliśmy iść na piętro, gdzie panowało światło i dźwięk, ale na pewno jeszcze nie raz się udamy tam żeby się Młoda wyszalała.
</description><pubDate>Wed, 25 Jan 2012 16:09:06 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/25/cosiowe-1-52-muzeum-techniki-w-sztokholmie/</guid><category>52</category><category>COŚ</category><category>Ogólne</category></item><item><title>Filmowe 1/52: Harry Potter and the Deathly Hallows</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/25/filmowe-1-52-harry-potter-and-the-deathly-hallows/</link><description>Zupełnie zapomniałam, że oprócz książek &quot;liczę&quot; również filmy i coś'ie :-) Już naprawiam swój zapominalski błąd (nie pierwszy z resztą w tym tygodniu). Na pierwszy ogień pójdzie znowu coś mało ambitnego, czyli Harry Potter. Ostatnia książka sfilmowana była jako dwa odcinki, ale sądzę że śmiało mogę uznać to za jeden film. W końcu to ta sama historia, tylko ciąg dalszy.

Każdy kto czytał książkę wie o co chodzi, jeśli ktoś nie czytał to albo może przeczytać albo sobie odpuścić. Faktem jest, że wielu wątków nie ma, kilka jest spłaszczonych a reszta jest ok - jak zawsze gdy chodzi o ekranizację książki. Co do treści to jest jak zwykle u Pottera: walka dobra ze złem, czary mary, przyjaźń, miłość, śmierć i odwaga - takie tam standardy. Co mi się podobało w filmie to wykonanie. Oczywiście, jak to zawsze w filmach kinowych, dźwięk tła był zbyt głośny w stosunku do dialogów, co nie zmienia faktu, że oglądało się przyjemnie. Film wydawał mi się mroczniejszy niż wszystkie dotychczasowe odcinki, ale też historia była już na tyle zaawansowana, że musieli podkreślić jakoś grozę sytuacji.
Fanom nie trzeba polecać, bo i tak obejrzą. Nie-fanom polecam zacząć od książki, a potem obejrzeć, bo film jest nieźle zrealizowany, choć to takie typowe hollywoodzkie kino.
</description><pubDate>Wed, 25 Jan 2012 15:50:12 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/25/filmowe-1-52-harry-potter-and-the-deathly-hallows/</guid><category>52</category><category>Film</category><category>Ogólne</category></item><item><title>1/52 Monika Szwaja &quot;Nie dla mięczaków&quot;</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/16/1-52-monika-szwaja-nie-dla-mieczakow/</link><description>Może niezbyt ambitnie zaczynam projekt, ale z uwagi na to ile innych mam pozaczynanych, to choć jedną chciałam skończyć w miarę szybko.
Ta jedna to właśnie Nie dla mięczaków Szwai. Krótka książeczka (93 strony) była dołączana jako prezent od EMPiKu w zeszłym roku przy zakupach powyżej iluśtam. Od tej pory leżała na półeczce i czekała na lepsze dni, które też właśnie nadeszły.
Co do samej treści to w sumie nic porywającego, ot romans i skomplikowane relacje rodzinne świeżo upieczonego rozwodnika i pani z muzeum. Może jeszcze nie Harlequin, ale nie dużo brakuje. Trochę wydawało mi się naciągane, za dużo na raz się dzieje i zbyt różnorodnie, no ale czasem życie bywa nieprzewidywalne.
Ogólnie fajne do poczytania w podróży, na szybko, jako lekkie czytadło, czym po prawdzie jest. Na pewno więcej niż raz nie przeczytam, a skoro było za darmo to i pieniędzy nie straciłam. Ot, było minęło.
</description><pubDate>Mon, 16 Jan 2012 21:22:40 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2012/01/16/1-52-monika-szwaja-nie-dla-mieczakow/</guid><category>52</category><category>Ogólne</category><category>52/52 Szwaja</category></item><item><title>52/52</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2011/12/07/52-52/</link><description>Stary projekt się skończył, czas na nowy ;-) Mam nadzieję, że tym razem pójdzie mi lepiej. &quot;Wymyśliłam&quot; (wzorując się na szwedzkim club52), że przez rok co tydzień będę czytać jedną książkę. Mam zamiar oczywiście je kończyć w ciągu tego tygodnia, ale jak to wyjdzie w rzeczywistości to zobaczymy. Tak czy inaczej, przez rok mam zamiar przeczytać 52 książki. Żeby nie było tak nudno, dorzucam jeszcze 52 filmy i 52 rzeczy do zrobienia. Czyli w sumie w jednym tygodniu robię trzy rzeczy - książka, film i coś. Czymś będzie nie wiem jeszcze co, może jakieś kulturalne wyjście, wizyta w restauracji, może spacer w fajnym miejscu albo wycieczka... coś co da się w jakiś sposób zrecenzować, opisać, pokazać. Po prostu coś.
I tutaj prośba do ewentualnych czytelników - poradźcie! Potrzebuję tytuły dobrych/fajnych/ciekawych/wartych przeczytania/obejrzenia książek i filmów (język polski i angielski dla książek, obojętny dla filmów, o ile są podpisy w jakimś sensownym języku) oraz sugestie cosiów. 
Liczę na Was!!! Projekt chcę zacząć początkiem stycznia, żeby mieć czas się przygotować teraz, zdobyć książki (jeśli są polskojęzyczne), itd. Tak więc jest jeszcze czas, ale niezbyt dużo. Pomożecie?
</description><pubDate>Wed, 07 Dec 2011 14:30:12 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2011/12/07/52-52/</guid><category>52</category><category>COŚ</category><category>Film</category><category>Książki</category><category>Ogólne</category></item><item><title>101/1001 edycja pierwsza</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2011/12/07/101-1001-edycja-pierwsza/</link><description>Przypadkiem odkryłam, że wczoraj skończył mi się czas. Minęło moje 1001 dni. Warto więc może podsumować, co udało mi się zrobić a czego nie... Muszę z ręką na sercu przyznać, że niedługo po stworzeniu listy, kompletnie o niej zapomniałam, więc właściwie to co udało mi się zrobić, zrobiłam przez przypadek. Przeglądając listę stwierdziłam jednak, że nie jest tragicznie. Owszem, gdybym pamiętała co chciałam, to pewnie by mi lepiej poszło, natomiast sporo rzeczy okazało się nieosiągalne z jednego prostego powodu. Nic nie jest już takie same jeśli robi się to z małym dzieckiem u boku. Odwiedzanie muzeów może jeszcze jakoś by poszło, ale wyprawa do opery z płaczącym szkrabem to już niestety inna historia. Tak czy inaczej - czas na podsumowanie. Będzie długo.
1. doprowadzić kogoś do łez ze szczęścia - udało się, gdy informowałam moich Rodziców o ciąży.
2. przeczytać całą książkę po szwedzku - udało się, musiałam to zrobić żeby zaliczyć kurs.
3. przegadać z kimś całą noc - o ile pamiętam to całej nocy niestety nie.4. obejrzeć film bollywood - jeśli Slumdog się liczy to zaliczone. 5. obejrzeć musical na Brodway - no niestety nawet się nie zbliżyłam... 6. iść na koncert jednego z moich ulubionych zagranicznych wykonawców - również nie
7. dokończyć doktorat - kolejne nie :-(
8. zdać egzamin na tłumacza z dowolnie wybranych języków - i znowu nie 9. kupić portfel lub torebkę Burberry - jeśli torebka na wózek się liczy to tak :-) 10. kupić coś zapierającego dech w piersiach - nawet nie wiem co to mogłoby być... więc chyba nie11. zjeść 5 kolacji z 5 nowymi osobami - jadłam sporo z różnymi osobami, więc chyba tak
12. przeczytać po jednej książce (opisującej życie mieszkańców, pamiętnik, autobiografię, itp.) z każdego kontynentu - z każdego kontynentu to niestety nie
13. zacząć regularnie uprawiać 1 sport - marzenia...
14. schudnąć do co najmniej 28 BMI - kolejne nierealne...
15. zjeść 10 potraw z całego świata przygotowanych przez nativów - jeśli liczą się potrawy w restauracjach to i owszem, mogłabym się doliczyć tylu.16. spędzić co najmniej po 3 dni w 5 stolicach świata - po 3 dni to nie, ale w 5 stolicach to by się mogło zgodzić.
17. wygrać coś - oczywiście, że nie.
18. rozwiązać samodzielnie całą krzyżówkę po szwedzku - tylko sudoku ;-)
19. raz w tygodniu chodzić na basen (i pływać przez co najmniej godzinę) - o czym ja myślałam tworząc tą listę??20. pojechać na spontaniczną wycieczkę zagranicę - zależy jak bardzo spontanicznie, ale chyba tak.
21. pić tylko wodę i zieloną herbatę przez 2 tygodnie - niestety nie, co więcej zaczęłam pić kawę.
22. spędzić Sylwestry w innym miejscu na świecie - udało się, choć niezamierzenie.
23. zrobić porządek w szafie z ubraniami (bez sentymentów) - prawie, wszystko poszło do piwnicy i nie ma kto przynieść ;-)
24. odłożyć wszystkie 1 koronówki przez rok i kupić coś szalonego za to - też nie wyszło, za bardzo siedzimy w długach na takie ekstrawagancje.
25. obciąć włosy na max 1,5 cm - a tu o dziwo się udało! I to nie raz :-)
26. znaleźć pracę, która będzie sprawiać mi satysfakcję - jeśli liczy się pomysł na własną firmę, to owszem
27. zdobyć zielona kartę w golfa - nawet się do kijów nie zbliżyłam przez ten czas.
28. popłynąć w rejs - kolejne marzenie...
29. raz w miesiącu iść na darmowy pokaz, do muzeum lub galerii - z płaczącym dzieckiem na ręku? nie bardzo...
30. zaskoczyć samą siebie - codziennie i nieodmiennie ;-)31. pójść na kurs gotowania - jakoś nie było kiedy.
32. mieć dziecko - to się udało od razu ;-)
33. sprawić komuś niespodziankę - zaliczone
34. zdobyć reprodukcję „Czwórki” Chełmońskiego i powiesić na ścianie - niestety nie
35. zdobyć reprodukcję „Wigilii na Syberii” Malczewskiego i powiesić na ścianie - również nie
36. mieć ściany żeby powiesić powyższe obrazy - ściany są, tylko nie da się na nich obrazów powiesić.
37. przez miesiąc nie zabić żadnej istoty - ach te komary i pająki!
38. wymyślić co chcę robić w życiu - nadal brak pomysłu
39. nauczyć się tańczyć - jeśli jeden taniec wystarczy to owszem ;-)
40. przeczytać twórczość jednego z noblistów z czasu trwania projektu - nie
41. obejrzeć wszystkie filmy nominowane do Oscara w danym roku - nie, ale wpadłam w ciąg seriali i całkiem nieźle sobie radzę z niektórymi ;-)
42. wykończyć mieszkanie - mieszkanie szybciej wykończy mnie... albo moje dziecko...
43. przenocować co najmniej 5 couchsurferów - kto by przyjeżdżał do małego dziecka?
44. zacząć kolejne studia - i to nie jedne ;-)
45. nauczyć się robić na szydełku lub drutach - brak cierpliwości i nauczyciela
46. złożyć hołd 10 osób, które miały wpływ na losy świata w miejscach ich spoczynku - niestety nie
47. odwiedzić 7 cudnych miejsc na świecie - cudne miejsca odwiedzone choć są one cudne w mojej opinii. 48. odwiedzić miejsca kultu/świątynie wielkich religii - może kiedy indziej
49. wziąć udział w obchodach najważniejszych świąt wielkich religii - i znowu nie bardzo
50. spróbować miejscowego alkoholu w każdym miejscu jakie odwiedzę - to niestety się udawało, choć nie w czasie ciąży
51. spróbować miejscowej potrawy w każdym miejscu jakie odwiedzę - to też jak najbardziej zaliczone
52. zebrać duże plony pomidorowe i truskawkowe - kiepski balkon mam i słabo rosną :-(
53. przez 2 tygodnie chodzić powyżej 10 tys. kroków - nie wiem czy jednym ciągiem były dwa tygodnie, ale przez 5 miesięcy było 8 kilometrów dziennie z wózkiem do i z przedszkola ;-)
54. kupić pomarańczowy palec w Holandii - byłam w Holandii, ale palca nie kupiłam (tandetne były)
55. kupić buty/trzewiki - też nie
56. kupić matę masującą - czy prezent Gwiazdkowy się liczy?57. zacząć się uczyć języka migowego - nie dało się, bo za słabo znam szwedzki
58. odwiedzić 15 muzeów w Sztokholmie - chyba na siusiu... :-(
59. przez jeden tydzień być Yes Woman - nie, ale być No Woman przez 1001 dni jak najbardziej ;-(
60. zapisać się do dawców szpiku - lada dzień, bo podnieśli limit wieku i zaczęłam się kwalifikować!
61. przez miesiąc codziennie rano uśmiechać się do siebie w lustrze - zdefiniuj rano...
62. pojechać do Laponii i obejrzeć Zorzę Polarną - nie, choć tak blisko mamy
63. nauczyć się 5 nowych rzeczy - na pewno zaliczone64. przeczytać i ocenić 101 książek - nie :-(
65. kupić błękitną jedwabną koszulę do wiązania w pasie - nie robią chyba w tak wielkich rozmiarach ;-(
66. zdobyć 5 nowych kubków Starbucksa - YES!
67. zaadoptować (choćby tylko wirtualnie) kota - wirtualnie przez chwilę tak, potem na szczęście znalazł dom
68. pojechać na arabski targ i wytargować dobrą cenę - nie byłam nawet blisko
69. kupić City Notebook i wypełnić go (dowolne miasto) - też nie
70. spróbować 20 nowych smaków herbaty - nawet większej ilości71. obejrzeć 5 oper lub operetek - nie72. nauczyć się obsługi jednego przydatnego programu komputerowego - nawet kilku
73. nauczyć się kaligrafii chińskiej lub japońskiej - niepotrzebne
74. nauczyć się zaparzać herbatę po japońsku - niestety
75. nauczyć się zaparzać kawę po arabsku (w tygielku) - również nie
76. przynajmniej 2 razy w miesiącu iść na spacer z aparatem i uwiecznić otaczający mnie świat - iść szłam, ale bez aparatu za to z wózkiem, i nie 2 razy w miesiącu, ale codziennie77. przeczytać i zrozumieć przynajmniej jeden artykuł dziennie w obcym języku (nie będę wklejać tytułów czy tematów, bo wyszła by z tego całkiem niezła bibliografia) - chyba tak, bo sporo czytam do szkoły i z lokalnej prasy
78. zafundować głodnemu posiłek - jakoś wszyscy chcą pieniądze a nie jedzenie79. spędzić jedno przed/popołudnie z książką w parku - jeśli trawnik przed domem się liczy i zamiast książki papierowej, Kindle - to tak80. obejrzeć po 5 filmów z najlepszych filmów z każdej dekady (wg imdb) (50 filmów) - nawet nie byłam blisko81. nauczyć (skutecznie!) kogoś czegoś pożytecznego - codziennie uczę czegoś moją córkę82. przeżyć tydzień bez narzekania i marudzenia - taaaa...
83. zrobić listę 20 rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwa i zrobić je - nie wiem czy uzbierałoby się 20 rzeczy
84. być wegetarianką przez tydzień - bez mięsa się nie da :-(
85. przekonać kogoś żeby zamiast prezentu dla mnie przekazał tę kwotę na cel dobroczynny (kupić kurę czy kozę dla afrykańczyków, itp.) - nie przekonałam nikogo, ale sama daję kasę na KIVA
86. skatalogować domową bibliotekę - nie ma szans, coraz więcej książek i coraz mniej czasu...
87. stworzyć ekslibrys i podpisać każdą książkę - również nie
88. obejrzeć 5 przedstawień w czasie letnich przedstawień teatralnych w parkach - i znowu porażka
89. odwiedzić Prowansję jesienią - niestety nie
90. poradzić się wizażysty - jedna fryzjerka mi radziła, ale nie wiem czy to się liczy ;-)
91. iść do wróżki/tarocisty - brakło czasu i pieniędzy 92. zabrać bratanka na całodniową wycieczkę w ciekawe miejsce - Amsterdam się liczy?
93. skończyć ciekawy, ale do niczego mi nie potrzebny kurs - całe mnóstwo!
94. codziennie przypominać najbliższym, że są dla mnie najważniejsi. to zadanie nie stanowi dla mnie wyzwania, bo i tak ciągle im mówię, że ich kocham, więc postanowiłam je zmienić na inne. - i nie zmieniłam, ale codziennie i tak im powtarzam.
95. obejrzeć pokaz tańca irlandzkiego - nie wyszło
96. nie kupić żadnej książki przez miesiąc - w sumie głupi pomysł ;-)
97. zapisać co najmniej 101 przepisów na blogu kulinarnym - ani jednego :-(
98. kupić sobie kapelusz i go nosić - zrobione :-) choć teraz trochę na niego za zimno ;-)
99. znaleźć sobie hobby - brak czasu na hobby
100. przynajmniej raz w tygodniu ugotować lub upiec coś nowego - i zabrać radość gotowania mężowi? o nie... ;-)
101. wymyślić listę 101 na następne 1001 dni - w trakcie realizacji ;-)
I tak oto dobrnęłam do końca. Udało się zrobić sporo (33 jeśli się nie pomyliłam), nie udało się jeszcze więcej. W sumie chyba nie wyszło najgorzej? Jak na zapomniany projekt to chyba całkiem ok. No i niektóre rzeczy zrobiłam w jakimś stopniu, choć nie całkiem...
No może faktycznie nie wyszło najlepiej. Następnym razem może wyjdzie inaczej.
</description><pubDate>Wed, 07 Dec 2011 13:48:01 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2011/12/07/101-1001-edycja-pierwsza/</guid><category>101/1001</category><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Kolejne pół roku przerwy</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2011/08/10/kolejne-pol-roku-przerwy/</link><description>Sama już nie wiem czy powinnam trzymać tego bloga czy go wywalić. Raz na ruski rok przypomina mi się, że go mam i że od biedy mogę się tu powyżalać czy pochwalić. Tylko czy mi się chce?
Przez ostatnie pół roku zmeniło się znowu mnóstwo, choć widać to tylko z perspektywy. Ślub, zmiana nazwiska i dokumentów, powrót na swoje śmieci, które nie wydają się już takie straszne jak przed wyjazdem. Młoda przedszkoluje i wygląda, że jej się tam podoba. Nawet mimo braku mamy przy boku.
Z pięknego i gorącego lata zrobiła się szybciutko jesień, a co za tym idzie kończą się wakacje i robi się tłoczno w mieście. Ludzie wracają z działek, dzieciaki idą do pracy, a remonty ulic trwają.
Pracy dalej brak, studia męczą i wymagają, a tu następne kursy się zaczynają za kilka tygodni i od nowa trzeba będzie coś wymyślać. Pod koniec miesiąca wyprawa do Londynu na egzaminy i zobaczymy co dalej. Powoli zaczynamy się rozglądać za następnym miejscem na ziemi. Zostało nam niecałe 1,5 roku na decyzję a świat jest taki duży i kusi... Nie będzie łatwo, zważywszy ile czynników musimy brać pod uwagę.
Ale damy radę, bo jak nie my to kto? :-)
</description><pubDate>Wed, 10 Aug 2011 13:36:02 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2011/08/10/kolejne-pol-roku-przerwy/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Hasło</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2011/01/21/haslo/</link><description>Przypomniałam sobie hasło do &quot;blogaska&quot;, więc zaznaczę swoją obecność, dopóki je pamiętam. Tyle się zmieniło od ostatniego wpisu, a jeszcze więcej od przedostatniego, że nie ogarniam nawet sama tego wszystkiego.
Za tydzień wyjeżdżamy z Holandii. Wracamy do Polski na chwilkę a potem do domku, do Szwecji. Wbrew pozorom tęsknię. Stęskniłam się za zimnem, śniegiem, pogodą, za drzewami dookoła i za całą tą przyrodą. Stęskniłam się za Gamla Stan, za metrem, za ludźmi, których od biedy mogłabym uznać za bliskich. Za własnym mieszkankiem, łóżkiem, głośnymi sąsiadami. Za pocztą na moje nazwisko, za językiem, który w miarę już rozumiem. Za cenami, które odstraszają trzycyfrowością, za całym &quot;ta det lugn&quot;. Mam już dość Holendrów, którym na niczym nie zależy, którzy na wszystko mają czas i mają gdzieś że inni tego czasu nie mają. Mam dość słodkich słodyczy i ogólnie słodkości. Czas na zmianę. Czas na powrót do domku. Czas najwyższy. Ale pewnie gdy następnym razem będziemy mieli możliwość pomieszkać gdzieś indziej przez jakiś czas, to z tego skorzystamy. Bo fajnie jest poznawać nowe miejsca i dowiadywać się gdzie nie chcemy mieszkać na stałe ;-)
</description><pubDate>Fri, 21 Jan 2011 23:06:18 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2011/01/21/haslo/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Rok</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/12/03/rok/</link><description>Minął rok, odkąd na świecie pojawiła się mała istotka, zwana Małą Mi. Czy to był dobry rok, czy zły, to zależy dla kogo. Dla mnie był pouczający. Nigdy wcześniej nie miałam okazji dowiedzenia się tylu rzeczy o ludziach mnie otaczających, ale szczególnie o sobie. Nie wiem czy doroslam, czy wręcz przeciwnie - zdziecinniałam, ale świat nie jest już taki jak był. I może to dobrze, bo chociaż coś się zmienia i nie tkwię ciągle w tym samym miejscu. Jednak w dalszym ciągu, na pytanie co w życiu osiagnęłam odpowiedź brzmi - nic. Może za rok odpowiedź się zmieni, ale chwilowo jest jak jest.
</description><pubDate>Fri, 03 Dec 2010 01:03:04 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/12/03/rok/</guid><category>Mały Ktoś</category><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>bez-tytulu</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/04/20/bez-tytulu/</link><description>Czasem w życiu zdarza się, że człowiek ma gorszy czy lepszy czas. Dla mnie właśnie nastał ten gorszy.
Mam nadzieję, że to kwestia tylko kilku dni, bo jeśli to potrwa dłużej to nie wiem co zrobię. Mam już serdecznie dość wszystkiego dookoła. Mam dość tego, że na nic nie mam czasu, że ciągle coś mi zostaje w tyle, że ciągle mam jakąś zaległą rzecz do zrobienia i nie mam zwyczajnie kiedy. I ta rzecz się ciągnie i ciągnie i nawet jeśli ją zrobię w pewnym momencie, to kosztem następnej rzeczy. I w efekcie nic nie jest zrobione.

Sama już nie wiem jak sobie dać z tym wszystkim radę. Dziecko, szkoła, dom... wszystko powoli traci. I ja tracę. Tracę serce do tego wszystkiego. Zachowuję się automatycznie, nie pamiętam co mówiłam czy robiłam... To wszystko miało minąć gdy się wyśpię. Pierwsze 3 miesiące będą najgorsze... to już 4,5 miesiąca i wcale nie jest łatwiej. Owszem, śpię dłużej o te parę chwil, w sensie nie budzę się w nocy co parę minut tylko przesypiam prawie całą. Co z tego, jeśli muszę oprócz tego zrobić 5 miliardów innych rzeczy? Nie jestem w stanie dać sobie sama rady. Po rozmowie z Mamą wiem, że idę dokładnie jej śladami. Pewnie mnie też za 2-3 lata spytają czemu jednak nie skończyłam studiów. Przecież mam cudownego faceta, który mi pomaga jak może, spokojne dziecko, które nie wymaga i rodziców, którzy na zawołanie przylecą się wszystkim zająć? Podobno tak właśnie to wygląda z zewnątrz. Szkoda, że nikt nie zagląda do środka.
Z góry &quot;dziękuję&quot; za komentarze typu &quot;w czasie pisania tej notki mogłaś zrobić kilka rzeczy z listy, które zrobić musisz&quot;. Możecie sobie darować to. Nic nie zrobię w tym czasie, bo jest to jedyna chwila w czasie całego dnia, kiedy spokojnie mogę usiąść i coś zjeść, drugą ręką klikając w klawiaturę. Przy czym jedzenie w tym wypadku jest to zrobienie sobie dietetycznego koktajlu z proszku, bo przecież po ciąży trzeba schudnąć...
I to właśnie był cały mój czas wolny na dziś. Chyba jednak nie chcę już więcej dzieci.
</description><pubDate>Tue, 20 Apr 2010 16:20:10 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/04/20/bez-tytulu/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Ślub</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/23/slub-1/</link><description>Właśnie trwa ślub. Nie, nie mój. Ale osoby, która jest dla mnie dosyć ważna - mojej przyjaciółki z lat młodości, dziewczyny, którą znam od (nie przymierzając) prawie 25 lat! I mnie na tym ślubie nie ma, mimo że byliśmy zaproszeni. Nie udało się.
Biurokracja szwedzka nas pokonała - ciągle jeszcze moje dziecko nie ma imienia, więc nie może mieć wyrbionego paszportu. Wszystko to trwa tak długo, bo sami nie mamy ślubu. Żyjemy w oficjalnym konkubinacie, co nie oznacza jednak, że Mój Mężczyzna jest od razu Ojcem, a co za to idzie dziecko nie dostaje automatycznie jego nazwiska. Od prawie 2 miesięcy załatwiamy formalności i jak do tej pory udało nam się jedynie potwierdzić ojcostwo i ustalić wspólne prawa opieki nad Maleńką. Na imię jeszcze przyjdzie jej poczekać... oby się udało przed Wielkanocą :-)

Ale miało być o ślubie a nie o problemach administracyjnych. Tak więc ślub trwa. Nie wiem na jakim jest etapie, ale pewnie już jest po, bo miał się zacząć o 17 a jako, że to cywilny to krótka piłka. Jednak jak by nie patrzeć jest to ważne wydarzenie i chciałam na nim być. Chciałam brać udział w jej życiu gdy tak bardzo zmienia się jej życie (choć z drugiej strony to mieszkają ze sobą od dawna już i właściwie to czysta formalność z tym ślubem). Tak czy inaczej żałuję, że nas tam nie ma.
Kiedyś wydawało mi się, że nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała przed pojechaniem na takie wydarzenie. Okazuje się jednak, że nie zawsze i nie wszystko się w życiu układa tak jak bym chciała. Trochę jest mi przykro, że to wypadło akurat teraz, ale nie miałam za wielkiego wpływu na to wszystko. Mam tylko nadzieję, że następnym razem dam radę się załapać na ważne wydarzenia, bo jak do tej pory wszystko mnie omija... wszystkie ważne śluby... widać takie jest życie człowieka na emigracji...
I jak tu zrobic ślub w miejscu gdzie się mieszka, skoro nikt nie przyjedzie i tak... :-(
</description><pubDate>Sat, 23 Jan 2010 17:29:06 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/23/slub-1/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Ogólnie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/07/ogolnie-1/</link><description>Ogólnie to nie mam na nic czasu.
Właśnie przed chwilą udało mi się uśpić dziecko, które wyjątkowo dziś śpi cały dzień i spało całą noc. Ogólnie to nie mam siły już na nic, ale przecież idzie ku lepszemu. Ogólnie to co chwilę się dołuję różnymi pierdołami, na które często nie mam wpływu, lub co gorsza które sobie wmawiam. Ogólnie to mam wrażenie, że coś mnie omija i nie wiem co. Ogólnie chciałabym zrobić coś więcej niż robię teraz, tzn. zrobić coś produktywnego, ale jestem zbyt wykończona i mam za mało czasu żeby pomyśleć nawet co to miałoby być. Ogólnie czas najwyższy zabrać się do nauki, bo za tydzień egzamin i cienko to widzę, a nawet nie wymyśliłam jeszcze pytań do pracodomowego interview na poniedziałek. Ogólnie ręce mi opadają gdy patrzę jak marnuję swój czas i swoje życie, ciągle mając wrażenie, że na wszystko jest już za późno i że nie ma sensu czegoś teraz zaczynać. Ogólnie to mam trochę dość i zdecydowanie marudzę. Ogólnie powinnam odpocząć.
</description><pubDate>Thu, 07 Jan 2010 16:38:27 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/07/ogolnie-1/</guid><category>Ogólne</category></item><item><title>Trzeci tydzień</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/12/21/trzeci-tydzien/</link><description>Już tyle czasu jest z nami nasza mała córeczka, a ja nawet słowem o tym nie wspomniałam. Owszem, jest wpis na drugim blogu - tym o ciąży, ale może warto pochwalić się światu również tutaj ;-)
Michalina Konstancja urodziła się 3 grudnia o godzinie 12:30 i jak do tej pory króluje nieprzerwanie w naszym domu i w sercach. I pewnie jej tak zostanie, bo jest najpiękniejszym i najkochańszym i najcudowniejszym Małym Człowiekiem na świecie :-) I mam pełną świadomość, że każdy rodzic tak myśli o swoim potomstwu, ale w naszym wypadku to jest prawda obiektywna i tego trzymać się będę ;-) Opisywać porodu nie mam zamiaru, bo już to zrobiłam, zainteresowani znajdą lub dopytają. Mogę natomiast napisać, że dziecko to nie jest łatwa sprawa... Wydawało by się, że taki Mały Ktoś to niewiele robi, a jednak potrafi zdezorganizować całe życie. Na pewno jej to wybaczę z czasem, ale na razie to marzę o tym aby się wyspać i przestać martwić w nocy tym, że nagle przestanie oddychać albo się zachłyśnie i jej nie pomogę... I o wielu innych rzeczach marzę i są to marzenia zupełnie inne niż te rok temu. Jak to jeden Mały Ktoś może zmienić świat...
</description><pubDate>Mon, 21 Dec 2009 17:06:29 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/12/21/trzeci-tydzien/</guid><category>Mały Ktoś</category><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Zaległe</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/24/zalegle/</link><description>Już tydzień minął a ja jeszcze ani słowem nie wspomniałam o tej ważnej dacie. 18.11.2009. Dzień, w którym minęło 5 lat odkąd zamieszkaliśmy razem.
Niby nic, ot przeprowadzka o jakieś 1000 km... Zamieszkanie z kimś ważnym, bez możliwości szybkiego odwrotu ;-) Niby nic, przeprowadzka do obcego kraju, do obcych ludzi, obcego środowiska. Z tylko jednym człowiekiem, którego znałam i kochałam. I nadal znam i kocham :-) Z każdym dniem bardziej :-) Jakoś udało nam się dograć, od samego początku było ok. Można więc założyć, że była to dobra decyzja, czyż nie? Od 5 lat budzę się koło tego samego człowieka (lub co bardziej realnie zabrzmi, jestem budzona przez tego człowieka) i każdego ranka jestem szczęśliwa widząc Jego twarz. Co wieczór tulę się do Niego i ciągle mam niedobory. Czasem czuję się jak bluszcz, otulający Go. Ale niezmiennie jest dla mnie Najważniejszą Osobą na świecie.
Za tydzień będzie zmuszony ustąpić odrobinkę miejsca na podium dla Naszego Maleństwa. Ale jeszcze przez tydzień będzie tą Jedyną Osobistością, dla której zrobić mogę dosłownie wszystko (choć nie wszystko z radością, jak np. zjazd z masakrycznie wielkiej zjeżdżalni na basenie ;-)). Dlatego śmiało mogę napisać publicznie:
Kocham Cię z całego mojego serca! I jeśli tylko jesteś w stanie wytrzymać ze mną dłużej, to tak będzie :-) Cmok cmok cmok!!!
</description><pubDate>Tue, 24 Nov 2009 14:59:02 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/24/zalegle/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Coraz bliżej...</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/13/coraz-blizej/</link><description>Już niedługo, jeszcze niecały miesiąc i nastanie dzień wyznaczony przez lekarzy. Młoda pewnie zdecyduje się na inny dzień wyjścia, ale to inna sprawa. Ważne, żeby wszystko było dobrze. A na razie są komplikacje, stres i ogólny lekki chaos. To nic, dam radę. Potem będzie gorzej ;-) Ale nie o tym chciałam...
Otóż w powietrzu czuje się już atmosferę świąt. Tych wyjątkowych, prezentowych świąt. W sklepach już czerwono, wszystko się mieni i błyszczy. Nastaje czas szaleństwa zakupowego. A ja, jak co roku, mam pustkę w głowie. Co komu kupić? Co kogo ucieszy? Czy aby na pewno tego jeszcze nie ma? No i pytanie podstawowe w tym roku (jako, że święta nieco inne) - jak to dostarczyć do adresata? Część prezentów można zamówić pocztą, owszem. Ale część kupię tutaj. Jedyny transport w tą stronę będzie miał miejsce 2.12, do Polski mogę &quot;wysłać&quot; w dwóch rzutach niejako - 9 i 16.12. Czasu więc jakby tak nie za dużo... Pomysłów ogólnie brak, kasy nie za wiele, część rodziny przyjedzie tu, część stąd odjedzie tam... Ogólny galimatias! A wszystko to trzeba jakoś opanować i mieć nadzieję, że choć jedna osoba się ucieszy z niespodzianek...
Wcale nie jest tak łatwo kupić prezent Teściowej czy Bratowej. Coroczny problem z Tatą to już w ogóle brak słów... Brat nie wie co chce, Mama to samo, a o Teściu to wolę nie myśleć. Jemu pewnie i tak się nie spodoba to co wymyślę, więc nie będę się dodatkowo stresować. W sumie najprościej kupić prezent Bratankowi, bo jego cieszy prawie wszystko (zazdroszczę mu tego wieku, gdy byle pierdółka wywołuje uśmiech). A Ukochany... Cóż można sprezentować Ukochanemu, który wydaje się, że ma wszystko a któremu wszystko bym chciała dać? Echhh... Do tego dochodzi fakt, że turlanie się po mieście w obecnym stanie to nie lada wyzwanie ;-) Normalnie 15-minutowy spacer zajmuje godzinę lub dwie, a resztę dnia zajmuje odpoczynek i relaks po. Nie jest lekko...
W swej naiwności czekam na propozycje/pomysły - co w tym roku komu kupić? Liczę na chociaż śladowe ilości przebłysków geniuszu u innych, bo moja głowa nie ma siły myśleć nawet :-(
</description><pubDate>Fri, 13 Nov 2009 19:22:39 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/13/coraz-blizej/</guid><category>Ogólne</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Ślub</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/10/27/slub/</link><description>Dawno nic nie pisałam, więc czas najwyższy coś wtrącić od siebie :-) Dziś będzie na poważnie, bo jakoś tak wyszło. Wpis zainspirowany weekendowym rozważaniem imprezowym oraz wczorajszym mailem od koleżanki. Tak, będzie o ślubach.
Jak pewnie doskonale wszystkim wiadomo, żyjemy sobie bez ślubu. Taki konkubinat można by rzec. Trwa to już ładnych parę lat i jakoś dobrze nam z tym. Czasem (coraz częściej) ktoś spyta kiedy ślub, zwłaszcza że 2.0 rośnie w brzuchu. No właśnie - kiedy i czy na pewno? Skoro od tylu lat jest dobrze to czy warto coś zmieniać? Czy warto ulepszać dobre? I czy na pewno będzie to ulepszenie?

Stwierdzenie, jakie padło na imprezie, a które zmusiło mnie nieco do myślenia brzmiało - są tysiące powodów dla których nie warto brać ślubu, ale tylko jeden powód żeby to zrobić. I tu następuje chwila na zastanowienie - czy faktycznie miłość jest jedynym powodem do wzięcia ślubu? Czy każdy kto kocha musi brać ślub? Co to zmienia? Owszem, jest papierek, jest możliwość spadku, jest dowiadywanie się w szpitalu o stan zdrowia, itp. Ale czy coś więcej? Co daje taki papierek psychicznie? Świadomość, że to już na zawsze? Że na dobre i złe? A czy gdyby bez papierka coś się stało to od razu musi znaczyć, że się odejdzie? Że ucieknie się po tylu latach? Co daje papier?
W sierpniu byłam na ślubie pewnego młodzieńca i pewnej dziewczyny. Oboje (chyba?) lat 23, więc młodzi jak na mój gust. Znają się już trochę czasu, mieszkają razem w akademiku czy innych mieszkaniach wynajętych, itd. Ogólnie są razem. Nagle zdecydowali się na ślub. Nie wiem czy mieli ku temu inne powody niż miłość i możliwość mieszkania rodzinnego w akademiku. Nie wnikam (choć o ciąży nie słyszałam). Natomiast zastanowił mnie fakt brania ślubu w tym wieku. Gdybym ja zdecydowała się na to mając 23 lata, byłabym teraz &quot;śląską babą&quot; z co najmniej dwójką albo i już trójką dzieciaków uwieszonych u ramion, z ciężkimi torbami z zakupami, mieszkającą w Katowicach na mniej więcej 40-50 m2. No i oczywiście z mężem, którego jedynym obowiązkiem jest zarabiać kasę na to wszystko. Happy end? No nie wiem...
Z drugiej strony co mam teraz - mieszkanie &quot;na wygnaniu&quot; 83 m2, dziecko w drodze, słabe perspektywy na coś innego niż bycie kurą domową, kolejne nieukończone studia... i wymarzonego Mężczyznę - Anioła (bardziej jak Globisz niż jak Wilhelmi ;-)). Może więc nie jest źle i dobrze zrobiłam czekając? I następne &quot;ale&quot; się rodzi. Na co teraz czekam? Czemu teraz nie jestem w stanie zdecydować się na ten krok? Czyżbym podświadomie czekała na coś jeszcze? Ale na co? Na lepsze życie? Na pracę? Młodsza się nie robię, bieli na ślubie już raczej używać nie powinnam, więc nie wiem co mnie powstrzymuje. Może to odwieczne robie na złość - wszyscy mówią tak to ja inaczej. A może faktycznie czekam na jakiś sygnał? Tylko jaki...?
Niedawno odbyłam pewną rozmowę z pewną osobą, która po wielu latach małżeństwa powiedziała mi otwarcie, że gdyby nie pewne wspólne zobowiązanie to już dawno byłaby po rozwodzie. Jedna rzecz trzyma ich razem, choć wcale nie jestem pewna czy jej mąż zdaje sobie z tego sprawę. Osoba ta otwarcie mówi, że czas na mój ślub jednocześnie po cichu mówiąc, żebym może jeszcze pomyślała. Żebym upewniła się, co do pewnych &quot;szczegółów&quot;. Obłuda czy dobre rady? Nie wiem... niewątpliwie jednak dają do myślenia.
Wracając do stwierdzenia z imprezy - gdyby wierzyć w jego słuszność, już dawno powinniśmy być po ślubie. Jednak dalej jest chyba we mnie jakaś bariera. Jakaś chęć bycia niezależną. I choć wiem, że w życiu nie skorzystam z tej furtki, to jednak czuję się pewniej mając ją. Z drugiej strony mam poczucie, że nie zniewoliłam swojego partnera, że on też w każdej chwili może się wycofać i powiedzieć &quot;papa&quot;. Czy to dobrze? Znowu nie wiem. Ale może przez to bardziej się staramy być dla siebie, skoro mamy świadomość ulotności chwili? A może właśnie to jest ostatnie ogniwo, które musimy połączyć, żeby zobaczyć jacy jesteśmy naprawdę? Co się zmieni gdy już nie będzie odwrotu (innego niż rozwód)? Czy nadal będzie idealnie? Czas pokaże... w końcu i na nas przyjdzie kiedyś kolej...
</description><pubDate>Tue, 27 Oct 2009 13:57:19 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/10/27/slub/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Buty</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/27/buty/</link><description>Jako, że jesień już pełną gębą to nastał czas na kupno jesiennego obuwia. Wszystkie posiadane przeze mnie &quot;jesienno-wiosenne&quot; pary mają już swoje lata i jako takie przeciekają. Najzwyklej w świecie biorą wodę i trochę mało jest to praktyczne. Postanowiłam więc kupić nowe. A właściwie sytuacja mnie zmusiła (i Mój Mężczyzna, który też sobie kupował buty na jesień). Problemem jest, że nie każde buty mi się podobają i nie w każdych bym chodziła. Rozpoczęło się więc polowanie...
But jesienny po pierwsze musi być wodoszczelny. Co oznacza, że moje ulubione zamszaki odpadają w przedbiegach... A więc skóra. No to przynajmniej to jest ustalone. Dalej... powinny się jako tako prezentować. To się da załatwić, zwłaszcza wiedząc jaki styl mnie interesuje ;-) No i na końcu - muszą być wygodne. Tu już zaczyna się problem poważniejszy, bo co znaczy wygodne? To znaczy, że muszę je móc włożyć na nogę i chodzić powiedzmy przez... cały dzień? Czy ktoś zna takie buty? Otóż mi się wydawało, że znam. Nazywają się Martensy (Dr Martens) i całe życie marzyłam o takich. Co więc stało na przeszkodzie, żeby sobie sprawić? Teoretycznie nic... A jednak...
Otóż w piątek, po długich bojach, stałam się posiadaczką niesamowicie drogich butów typu &quot;Ósemka Martensa&quot;. Kolor nie jest bez znaczenia... są one mianowicie... żółte :-) Takie właśnie jak te tutaj. Tylko, że jak się okazuje posiadanie ich to nie jest to raj ani szczyt rozkoszy, jak to sobie wyobrażałam :-( Otóż problem tkwi jak zawsze w szczególe. Szczegół jest drobny, acz uciążliwy, mianowicie buty te są za ciasne na mnie! Jak to się stało? Historia jest krótka: poszliśmy do sklepu i niestety zdążyliśmy wejść na jakieś pół godziny przed zamknięciem. Poprzymierzałam kilka par, jedne urzekły mnie wyjątkowo mocno, ale cena zwaliła z nóg, więc odpadły. No i zostały te. Ale do przymierzenia były w rozmiarze 5, a ja potrzebuję 6. Jako, że pani już zamyka, to mogę przymierzyć te obok - bordowe, które są &quot;identyczne&quot;. No te były za duże, zdecydowanie. Skoro identyczne są za duże to pewnie te będą dobre. Na odczepnego przymierzyłam jeden z pary, którą chciałam kupić i okazuje się, że wcale nie są takie identyczne, bo są za małe. Ale &quot;to skóra, więc się rozciągnie i będą dobre!&quot;. Drugiego już nie przymierzyłam, zapłaciliśmy i wyszliśmy. W domu spróbowałam założyć oba, bo przecież jakoś rozchodzić je muszę. Taaa... założyć... oba... Prawy wcisnęłam na siłę z bólem, lewy nie wszedł wcale. Decyzja - idziemy oddać z samego rana, albo wymienić na większe.
Dzień następny (sobota) okazał się niespodziankowy - nie można wymienić, bo nie mają większych. Nie można oddać, bo nie oddadzą kasy, co najwyżej mogą dać talon na inne buty. No to poprzymierzałam inne, ale w żadnych nie ma mojego rozmiaru. Cóż więc zrobić? Ustawowo mam 10 dni na wymianę, ale nie mogę wyjść w nich na dwór. Z resztą jak mam w nich wyjść, skoro nie mogę w nie wejść?! Pani w sklepie poradziła - sposób na reklamówkę. Jak nie możesz wejść w but, włóż na nogę reklamówkę i wtedy się zmieścisz! Proste, nie? W ten sposób but został wciśniętym na mnie, a właściwie ja (wśród bólu i jęczenia) zostałam wciśnięta w but. Ponoć na długość są dobre, więc reszta &quot;się rozbije&quot;. Tylko muszę w nich chodzić po domu co najmniej godzinę dziennie... przez jakieś 2 miesiące... No to sobie kupiłam buty na jesień! Do zimy będę je rozchadzać, potem poleżą w szafie do wiosny aż znowu się okaże, że są za małe. A w tym czasie przepadnie mi szansa na oddanie ich, bo to tylko 10 dni przecież!. No ale czego się nie robi dla butów, nie? Obiecałam sobie, że jeśli przez te 10 dni od zakupu buty się nie rozciągną tak, żebym mogła w nich wyjść na dwór to idę i mają mi dać kupon na inne buty. Za drogo kosztowały żeby miały stać w kącie i przypominać mi o głupocie nie przymierzenia butów przed kupnem! Tymczasem więc siedzę w za małych butach i reklamówkach na nogach i szukam sposobu jak rozciągnąć buty w miejscu przyszycia języka do reszty.
Może ktoś z szanownych czytelników ma pomysł na to? Najlepiej bezinwazyjny (walenie młotkiem odpada, bo nie oddam ich potem już). A tak bardzo chciałam mieć wygodne Martensy w dziwnym kolorze :-(
</description><pubDate>Sun, 27 Sep 2009 17:12:33 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/27/buty/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Jesiennie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/19/jesiennie/</link><description>Nadciąga jesień. Jest już przyjemnie chłodno choć słońce nadal dość intensywnie świeci. Dni coraz krótsze, więc i wyspać się łatwiej. Szkoda tylko, że równie szybko zbliża się jesienne przemęczenie i doły humorowe. Ot, czas nostalgii.
Dla niektórych to powrót do szkoły, choć ja uczęszczam już od kilku ładnych tygodni i zaczynam już marzyć o końcu kursu (choć to dopiero w stydzniu). Do tego z każdym tygodniem, a nawet dniem, jesteśmy bliżej powiększenia rodziny. Co za tym idzie namnażają się wydatki, zarówno te związane z Młodą i jej potrzebami, jak i te coroczne jesienne (typu kupno butów, porządki w szafach itd.).
Przy okazji, wraz z nadciąganiem nowego roku zaczynają się &quot;sypać&quot; nowe pomysły i nowe propozycje. Nowe miejsca do odwiedzenia, nowe wyzwania, nowe sprawy do załatwiania, nowe osoby do poznania. Nowy rok. I mam pełną świadomość, że mało kto myśli we wrześniu o tym co go czeka w styczniu, ale jakoś ten rok upływa mi głównie na planowaniu co będzie potem, więc tak jakoś wyszło, że z utęsknieniem niemalże czekam na nowy rok, gdy już wszystko się (mam nadzieje) jakoś wyklaruje i ułoży. Ten rok zaliczyć mogę do tzw. przeczekiwania, następny mam nadzieję, będzie już działaniem.
Czego sobie i wszystkim dookoła życzę.
</description><pubDate>Sat, 19 Sep 2009 13:42:18 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/19/jesiennie/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Przerwa w imprezie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/22/przerwa-w-imprezie/</link><description>Impreza trwa w najlepsze. Chłopaki przyszli się napić wódki na sposób polski i zjeść coś dobrego. Jako przerywnik w imprezie poszli pograć w Wii. A ja siedzę sobie samotnie w salonie i zastanawiam się co by tu porobić.
Owszem mogłabym się do nich przyłączyć, ale sądzę, że i tak 1 gitara na 3 chłopów to za mało ;-) Z resztą nie chce mi się wstawać z sofy żeby tam iść. Posiedzę i pomarudzę jak zwykle, w końcu dawno nic smętnego nie pisałam ;-)

Poszłabym spać, ale gospodyni nie wypada ;-( Zmęczona jestem strasznie. Nie wiem czy to normalne, ale ponoć tak. W tym stanie już się tak ma... Strach pomyśleć co będzie za tydzień, gdy szykuje się nam 4-dniowe weselisko. A ja po jednym dniu padam na twarz... Chyba muszę znaleźć jakies &quot;dopalacze dla ciężarówek&quot; żeby to przetrwać ;-) Całe szczęście, że nad salą weselną są pokoje dla gości, to będę mogła iść na chwilkę i przespać się w trakcie.
Ogólnie nieco przeraża mnie wizja tego wesela i wielkich planów jakie są z nim związane. A najbardziej przeraża mnie fakt, że coś podobnego Teściowie chcieli by zaproponować też nam! Nie widzę siebie w roli czterodniowej Panny Młodej wśród tłumu ludzi, których nie znam lub znam bardzo słabo. Nie wyobrażam sobie też siebie w trakcie takiej imprezy - głupie zabawy zwyczajowe, w których ciężko się doszukać sensu. Wolałabym coś cichego, skromnego, spokojnego... Marne szanse... I to ma być najwspanialszy dzień mojego życia?! Zabawa, która mnie nie bawi... Szykowanie przyjęcia pod rodzinę i płacenie za to, bo inaczej się obrażą... Nie ogarniam za bardzo - oni dla mnie czy ja dla nich? Jakie ma znaczenie, że ciotka Gienia czy wujek Zenek się na mnie obrazi, skoro aż do teraz nie miałam okazji ich poznać? Czy naprawdę nie można bawić się na weselu kulturalnie i w towarzystwie w jakim ja chcę a nie w jakim powinnam? Czyżbym aż tak odbiegła już od mentalności polskiej, że nie rozumiem czemu ma się ze mną weselić człowiek, którego pierwszy i ostatni raz widzę na oczy, a który ponoć jest moim dziesiątym kuzynem ze strony pradziadka? Czasem chciałabym żeby mi ktoś wyjaśnił zasady działania wesel, w sposób rozumowy a nie &quot;bo tak trzeba&quot;, &quot;bo tak wypada&quot; czy też &quot;bo tak się robi&quot;. Jestem prostą osobą i w prosty sposób chcę zrozumieć zasadę &quot;bo tak&quot;. Czy to takie trudne do zrozumienia? Ja tylko chciałabym się weselić w gronie ludzi mi bliskich - rodzina, którą znam i lubię, znajomi i przyjaciele, którzy są dla mnie ważni... a nie ci, których wypada zaprosić. &quot;Bo tak&quot;.
</description><pubDate>Sat, 22 Aug 2009 22:05:07 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/22/przerwa-w-imprezie/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Dywagacje przyszłościowe</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/12/dywagacje-przyszlosciowe/</link><description>Czasem gdy człowiek ma za dużo czasu to zastanawia się nad różnymi pierdołami. Choć często te pierdoły nie są tak do końca bez znaczenia, ale jednak spokojnie można przejść nad nimi do porządku dziennego. Wczoraj brat przysłał mi filmik z TEDa i jak to zwykle bywa z tego typu filmikami skłonił mnie on do refleksji nad swoim życiem.
Jako wykształcona Geograf-Urbanistka mam słabość do tego typu filmików i dyskusji. Z drugiej strony jako bezrobotna kura domowa staram się znaleźć w swoim życiu jakiś cel. Wykształcenie a &quot;zawód wykonywany&quot; w moim przypadku to dwa odmienne światy, czego bardzo mocno żałuję. Co jakiś czas udaje mi się zapomnieć jakie miałam pragnienia niecałe 10 lat temu, gdy jako studentka śmiało kroczyłam do przybytku wiedzy po następną porcję informacji. To samo dotyczy jakichś 5 lat temu gdy już po skończeniu wielu szkół i podjęciu pracy zdecydowałam się na coś nowego. Staram się nie myśleć jak moje życie potoczyłoby się gdybym te 5 lat temu nie powiedziała &quot;czas na nowe&quot;, choć oczywiście nie jest łatwo, bo człowiek jest stworzony do gdybania ;-)
Przyszedł w końcu czas aby zastanowić się nad sobą. Co tak naprawdę chcę w życiu osiągnąć? Co już osiągnęłam a co chcę robić jeszcze? Bo jak na razie to mam wrażenie tonięcia i łapania się wszystkich możliwych okazji aby utrzymać się na powierzchni. A przecież nie o to w życiu chodzi żeby dryfować. Chcę czegoś więcej, chcę coś osiągnąć. I chcę wiedzieć, że to jest to czego chcę.
Zaraz usłyszę pewnie, że kobiety w ciąży tak mają. Że powinnam się cieszyć, bo &quot;coś&quot; po mnie zostanie w sensie dziecko. Czy naprawdę nie mam większych aspiracji? Pewnie,że mam, tylko co z tego. Mój misterny plan sprzed paru lat już dawno przestał być aktualny. A każdy nowy szybko traci na aktualności. Potrzebuję czegoś, co zmotywuje mnie do skończenia rzeczy pozaczynanych i do powiącania tego wszystkiego w jakąś jedną sensowną całość. Czyli jednym słowem potrzebuję pomysłu na siebie. I taki pomysł wczoraj mi zaświtał. Bardzo ambitny pomysł. Pewnie nawet zbyt ambitny, biorąc pod uwagę mój charakter ;-) A mianowicie po obejrzeniu filmiku i po zastanowieniu się o co w moim życiu tak naprawdę chodzi, doszłam do wniosku, że chciałabym być kimś. Nie byle kim, ale Kimś. Dokładnie wczoraj sprecyzowałam kim - Stevem Jobsem urbanistyki :-). Brzmi groźnie? Bo jest. I jest bardzo trudne do wykonania. Wręcz niemożliwe. Dlatego pewnie za kilka dni wrócę do rozmyślań, że będę dożywotnio kurą domową i tyle.
Skąd akurat Steve Jobs? Bo to chyba jedyny facet na świecie, który potrafi przekonać tłumy do swoich pomysłów. Potrafi wmówić ludziom, że iPhone to świetna rzecz, że maczki są najlepsze i że iPod nie ma sobie równych. Słowo klucz tutaj to przekonać czy też wmówić. Chciałabym tak jak on umieć mówić ludziom jak ważna jest przestrzeń, w której żyjemy. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że przecież szukając dla siebie miejsca na ziemi bierzemy pod uwagę nie tylko samo mieszkanie ale też okolicę, w której ono jest. Szukamy czegoś ładnego, zadbanego, blisko dobrej komunikacji, gdzie nie będziemy się nudzić i gdzie będziemy bezpieczni. Chciałabym mieć taką siłę słowa, aby uzmysłowić ludziom, że to gdzie żyją zależy również od nas samych, od tego czego chcemy i co robimy w tym kierunku. Nie tylko od tego co zaprojektuje architekt czy urbanista, ale od tego czego my sami chcemy i do czego dążymy. Tylko, że na razie nikt nie słucha takich słów... A już na pewno nikt nie posłucha takiego nikogo jak ja. I z tym muszę coś zrobić. Muszę ułożyć plan działania i spróbować dojść do tego, żeby za te 10-20 lat móc stanąć przed ludźmi i powiedzieć - &quot;słuchajcie, tak powinniśmy zrobić&quot;, a oni posłuchają. Bo tak dalej być nie może z moim życiem, że tylko siedzę i odhaczam kolejny dzień kalendarza, tudzież odkreślam następne wykonane zadanie z kursu, który zupełnie mnie nie interesuje i nie bawi.
&quot;Bo to wszystko nie tak, nie tak, nie to...&quot;
</description><pubDate>Wed, 12 Aug 2009 13:23:18 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/12/dywagacje-przyszlosciowe/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Komórka</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/03/komorka/</link><description>I jak zwykle po długiej ciszy następuje temat zastępczy ;-) Dziś na tapetę wchodzi komórka, czyli telefon. Obecny abonament mam do października, ale ponoć już teraz mogę go przedłużyć i wybrać nowy telefon. Właśnie... wybrać... Dajcie kobiecie w ciąży problem a będzie miała zajęcie na kilka, kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt dni ;-)
No bo niby co takiego trudnego jest w wyborze nowego aparatu? Wiadomo - ma się dać dzwonić, ma się dać smsować, ma się dać mmsować (z racji rychłego potomstwa trzeba będzie wysyłać dziadkom zdjęcia Małej) a co za tym idzie ma się dać zrobić zdjęcie. I co więcej potrzeba? Kalendarz, owszem. Może jakieś notatki... Budzik koniecznie. No i jeszcze jakieś gry na nudne czekanie na autobus. I to chyba tyle? Można powiedzieć, że praktycznie każdy telefon ma takie funkcje lub coś w podobie. Co więc wybrać...
Zacznijmy od firmy. Nie lubię Motoroli, więc odpada w przedbiegach. Do tej pory używałam tylko Sagema (jako pierwszego ;-)), Nokii (kocham ją wręcz) no i ostatnio Sony-Ericsson (z racji promocji i kraju przebywania). Jeszcze biorę pod uwagę Appla, z racji nałogowego użytkowania iPoda, który jest cudny. Reszty nie znam, więc chwilowo odpuszczam ;-) A z tych, które znam to zdecydowanie wygrywa Nokia. Wybieramy więc dalej
Wybór zaczęłam od strony sieci. Przegląd dostępnych modeli utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mam pojęcia czego chcę :-( Typowe, nie? Popatrzyłam więc na wybór Mojego Ukochanego, który jako &quot;Maczkofan&quot; wybrał iPhona. Patrzę, patrzę, patrzę... No niby fajny, ale... no cena nie bardzo... Jeszcze jeden taki budżet powinien wytrzymać, ale na dwa nie ma szans... Co więc innego? Może coś podobnego? A co jest podobnego do iPhona i należy do sensownych firm? Popatrzyłam więc na 5800. Nokia, więc wiem w co się pcham. S60 - brzmi super :-) A reszta? Reszta jest na youtube i tysiącach stron recenzjujących telefony. I to chyba będzie mój wybór. Cenowo da się przeżyć (a to obecnie bardzo ważne), na półtora roku powinno wystarczyć (mam nadzieję) no i bajer fajny, bo i muzyki można posłuchać i książkę poczytać... Pytanie jest tylko jedno - czy ma coś na kształt Walk Mate'a, do którego przywykłam w moim W595 i który jest chyba jedyną aplikacją, która podbiła moje serce w SE? Tego jeszcze muszę się dowiedzieć zanim zdecyduję ostatecznie.
Został jeszcze tylko jeden, najważniejszy i najtrudniejszy wybór... Niebieski? Czerwony? Czy czarny? ;-)
</description><pubDate>Mon, 03 Aug 2009 16:18:46 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/03/komorka/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item></channel></rss>
