<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>Z życia wzięte...</title><link>http://agnieszka.deontology.net/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Mon, 08 Mar 2010 10:35:01 +0100</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>Ślub</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/23/slub-1/</link><description>Właśnie trwa ślub. Nie, nie mój. Ale osoby, która jest dla mnie dosyć ważna - mojej przyjaciółki z lat młodości, dziewczyny, którą znam od (nie przymierzając) prawie 25 lat! I mnie na tym ślubie nie ma, mimo że byliśmy zaproszeni. Nie udało się.
Biurokracja szwedzka nas pokonała - ciągle jeszcze moje dziecko nie ma imienia, więc nie może mieć wyrbionego paszportu. Wszystko to trwa tak długo, bo sami nie mamy ślubu. Żyjemy w oficjalnym konkubinacie, co nie oznacza jednak, że Mój Mężczyzna jest od razu Ojcem, a co za to idzie dziecko nie dostaje automatycznie jego nazwiska. Od prawie 2 miesięcy załatwiamy formalności i jak do tej pory udało nam się jedynie potwierdzić ojcostwo i ustalić wspólne prawa opieki nad Maleńką. Na imię jeszcze przyjdzie jej poczekać... oby się udało przed Wielkanocą :-)

Ale miało być o ślubie a nie o problemach administracyjnych. Tak więc ślub trwa. Nie wiem na jakim jest etapie, ale pewnie już jest po, bo miał się zacząć o 17 a jako, że to cywilny to krótka piłka. Jednak jak by nie patrzeć jest to ważne wydarzenie i chciałam na nim być. Chciałam brać udział w jej życiu gdy tak bardzo zmienia się jej życie (choć z drugiej strony to mieszkają ze sobą od dawna już i właściwie to czysta formalność z tym ślubem). Tak czy inaczej żałuję, że nas tam nie ma.
Kiedyś wydawało mi się, że nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała przed pojechaniem na takie wydarzenie. Okazuje się jednak, że nie zawsze i nie wszystko się w życiu układa tak jak bym chciała. Trochę jest mi przykro, że to wypadło akurat teraz, ale nie miałam za wielkiego wpływu na to wszystko. Mam tylko nadzieję, że następnym razem dam radę się załapać na ważne wydarzenia, bo jak do tej pory wszystko mnie omija... wszystkie ważne śluby... widać takie jest życie człowieka na emigracji...
I jak tu zrobic ślub w miejscu gdzie się mieszka, skoro nikt nie przyjedzie i tak... :-(
</description><pubDate>Sat, 23 Jan 2010 17:29:06 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/23/slub-1/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Ogólnie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/07/ogolnie-1/</link><description>Ogólnie to nie mam na nic czasu.
Właśnie przed chwilą udało mi się uśpić dziecko, które wyjątkowo dziś śpi cały dzień i spało całą noc. Ogólnie to nie mam siły już na nic, ale przecież idzie ku lepszemu. Ogólnie to co chwilę się dołuję różnymi pierdołami, na które często nie mam wpływu, lub co gorsza które sobie wmawiam. Ogólnie to mam wrażenie, że coś mnie omija i nie wiem co. Ogólnie chciałabym zrobić coś więcej niż robię teraz, tzn. zrobić coś produktywnego, ale jestem zbyt wykończona i mam za mało czasu żeby pomyśleć nawet co to miałoby być. Ogólnie czas najwyższy zabrać się do nauki, bo za tydzień egzamin i cienko to widzę, a nawet nie wymyśliłam jeszcze pytań do pracodomowego interview na poniedziałek. Ogólnie ręce mi opadają gdy patrzę jak marnuję swój czas i swoje życie, ciągle mając wrażenie, że na wszystko jest już za późno i że nie ma sensu czegoś teraz zaczynać. Ogólnie to mam trochę dość i zdecydowanie marudzę. Ogólnie powinnam odpocząć.
</description><pubDate>Thu, 07 Jan 2010 16:38:27 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2010/01/07/ogolnie-1/</guid><category>Ogólne</category></item><item><title>Trzeci tydzień</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/12/21/trzeci-tydzien/</link><description>Już tyle czasu jest z nami nasza mała córeczka, a ja nawet słowem o tym nie wspomniałam. Owszem, jest wpis na drugim blogu - tym o ciąży, ale może warto pochwalić się światu również tutaj ;-)
Michalina Konstancja urodziła się 3 grudnia o godzinie 12:30 i jak do tej pory króluje nieprzerwanie w naszym domu i w sercach. I pewnie jej tak zostanie, bo jest najpiękniejszym i najkochańszym i najcudowniejszym Małym Człowiekiem na świecie :-) I mam pełną świadomość, że każdy rodzic tak myśli o swoim potomstwu, ale w naszym wypadku to jest prawda obiektywna i tego trzymać się będę ;-) Opisywać porodu nie mam zamiaru, bo już to zrobiłam, zainteresowani znajdą lub dopytają. Mogę natomiast napisać, że dziecko to nie jest łatwa sprawa... Wydawało by się, że taki Mały Ktoś to niewiele robi, a jednak potrafi zdezorganizować całe życie. Na pewno jej to wybaczę z czasem, ale na razie to marzę o tym aby się wyspać i przestać martwić w nocy tym, że nagle przestanie oddychać albo się zachłyśnie i jej nie pomogę... I o wielu innych rzeczach marzę i są to marzenia zupełnie inne niż te rok temu. Jak to jeden Mały Ktoś może zmienić świat...
</description><pubDate>Mon, 21 Dec 2009 17:06:29 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/12/21/trzeci-tydzien/</guid><category>Mały Ktoś</category><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Zaległe</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/24/zalegle/</link><description>Już tydzień minął a ja jeszcze ani słowem nie wspomniałam o tej ważnej dacie. 18.11.2009. Dzień, w którym minęło 5 lat odkąd zamieszkaliśmy razem.
Niby nic, ot przeprowadzka o jakieś 1000 km... Zamieszkanie z kimś ważnym, bez możliwości szybkiego odwrotu ;-) Niby nic, przeprowadzka do obcego kraju, do obcych ludzi, obcego środowiska. Z tylko jednym człowiekiem, którego znałam i kochałam. I nadal znam i kocham :-) Z każdym dniem bardziej :-) Jakoś udało nam się dograć, od samego początku było ok. Można więc założyć, że była to dobra decyzja, czyż nie? Od 5 lat budzę się koło tego samego człowieka (lub co bardziej realnie zabrzmi, jestem budzona przez tego człowieka) i każdego ranka jestem szczęśliwa widząc Jego twarz. Co wieczór tulę się do Niego i ciągle mam niedobory. Czasem czuję się jak bluszcz, otulający Go. Ale niezmiennie jest dla mnie Najważniejszą Osobą na świecie.
Za tydzień będzie zmuszony ustąpić odrobinkę miejsca na podium dla Naszego Maleństwa. Ale jeszcze przez tydzień będzie tą Jedyną Osobistością, dla której zrobić mogę dosłownie wszystko (choć nie wszystko z radością, jak np. zjazd z masakrycznie wielkiej zjeżdżalni na basenie ;-)). Dlatego śmiało mogę napisać publicznie:
Kocham Cię z całego mojego serca! I jeśli tylko jesteś w stanie wytrzymać ze mną dłużej, to tak będzie :-) Cmok cmok cmok!!!
</description><pubDate>Tue, 24 Nov 2009 14:59:02 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/24/zalegle/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Coraz bliżej...</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/13/coraz-blizej/</link><description>Już niedługo, jeszcze niecały miesiąc i nastanie dzień wyznaczony przez lekarzy. Młoda pewnie zdecyduje się na inny dzień wyjścia, ale to inna sprawa. Ważne, żeby wszystko było dobrze. A na razie są komplikacje, stres i ogólny lekki chaos. To nic, dam radę. Potem będzie gorzej ;-) Ale nie o tym chciałam...
Otóż w powietrzu czuje się już atmosferę świąt. Tych wyjątkowych, prezentowych świąt. W sklepach już czerwono, wszystko się mieni i błyszczy. Nastaje czas szaleństwa zakupowego. A ja, jak co roku, mam pustkę w głowie. Co komu kupić? Co kogo ucieszy? Czy aby na pewno tego jeszcze nie ma? No i pytanie podstawowe w tym roku (jako, że święta nieco inne) - jak to dostarczyć do adresata? Część prezentów można zamówić pocztą, owszem. Ale część kupię tutaj. Jedyny transport w tą stronę będzie miał miejsce 2.12, do Polski mogę &quot;wysłać&quot; w dwóch rzutach niejako - 9 i 16.12. Czasu więc jakby tak nie za dużo... Pomysłów ogólnie brak, kasy nie za wiele, część rodziny przyjedzie tu, część stąd odjedzie tam... Ogólny galimatias! A wszystko to trzeba jakoś opanować i mieć nadzieję, że choć jedna osoba się ucieszy z niespodzianek...
Wcale nie jest tak łatwo kupić prezent Teściowej czy Bratowej. Coroczny problem z Tatą to już w ogóle brak słów... Brat nie wie co chce, Mama to samo, a o Teściu to wolę nie myśleć. Jemu pewnie i tak się nie spodoba to co wymyślę, więc nie będę się dodatkowo stresować. W sumie najprościej kupić prezent Bratankowi, bo jego cieszy prawie wszystko (zazdroszczę mu tego wieku, gdy byle pierdółka wywołuje uśmiech). A Ukochany... Cóż można sprezentować Ukochanemu, który wydaje się, że ma wszystko a któremu wszystko bym chciała dać? Echhh... Do tego dochodzi fakt, że turlanie się po mieście w obecnym stanie to nie lada wyzwanie ;-) Normalnie 15-minutowy spacer zajmuje godzinę lub dwie, a resztę dnia zajmuje odpoczynek i relaks po. Nie jest lekko...
W swej naiwności czekam na propozycje/pomysły - co w tym roku komu kupić? Liczę na chociaż śladowe ilości przebłysków geniuszu u innych, bo moja głowa nie ma siły myśleć nawet :-(
</description><pubDate>Fri, 13 Nov 2009 19:22:39 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/11/13/coraz-blizej/</guid><category>Ogólne</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Ślub</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/10/27/slub/</link><description>Dawno nic nie pisałam, więc czas najwyższy coś wtrącić od siebie :-) Dziś będzie na poważnie, bo jakoś tak wyszło. Wpis zainspirowany weekendowym rozważaniem imprezowym oraz wczorajszym mailem od koleżanki. Tak, będzie o ślubach.
Jak pewnie doskonale wszystkim wiadomo, żyjemy sobie bez ślubu. Taki konkubinat można by rzec. Trwa to już ładnych parę lat i jakoś dobrze nam z tym. Czasem (coraz częściej) ktoś spyta kiedy ślub, zwłaszcza że 2.0 rośnie w brzuchu. No właśnie - kiedy i czy na pewno? Skoro od tylu lat jest dobrze to czy warto coś zmieniać? Czy warto ulepszać dobre? I czy na pewno będzie to ulepszenie?

Stwierdzenie, jakie padło na imprezie, a które zmusiło mnie nieco do myślenia brzmiało - są tysiące powodów dla których nie warto brać ślubu, ale tylko jeden powód żeby to zrobić. I tu następuje chwila na zastanowienie - czy faktycznie miłość jest jedynym powodem do wzięcia ślubu? Czy każdy kto kocha musi brać ślub? Co to zmienia? Owszem, jest papierek, jest możliwość spadku, jest dowiadywanie się w szpitalu o stan zdrowia, itp. Ale czy coś więcej? Co daje taki papierek psychicznie? Świadomość, że to już na zawsze? Że na dobre i złe? A czy gdyby bez papierka coś się stało to od razu musi znaczyć, że się odejdzie? Że ucieknie się po tylu latach? Co daje papier?
W sierpniu byłam na ślubie pewnego młodzieńca i pewnej dziewczyny. Oboje (chyba?) lat 23, więc młodzi jak na mój gust. Znają się już trochę czasu, mieszkają razem w akademiku czy innych mieszkaniach wynajętych, itd. Ogólnie są razem. Nagle zdecydowali się na ślub. Nie wiem czy mieli ku temu inne powody niż miłość i możliwość mieszkania rodzinnego w akademiku. Nie wnikam (choć o ciąży nie słyszałam). Natomiast zastanowił mnie fakt brania ślubu w tym wieku. Gdybym ja zdecydowała się na to mając 23 lata, byłabym teraz &quot;śląską babą&quot; z co najmniej dwójką albo i już trójką dzieciaków uwieszonych u ramion, z ciężkimi torbami z zakupami, mieszkającą w Katowicach na mniej więcej 40-50 m2. No i oczywiście z mężem, którego jedynym obowiązkiem jest zarabiać kasę na to wszystko. Happy end? No nie wiem...
Z drugiej strony co mam teraz - mieszkanie &quot;na wygnaniu&quot; 83 m2, dziecko w drodze, słabe perspektywy na coś innego niż bycie kurą domową, kolejne nieukończone studia... i wymarzonego Mężczyznę - Anioła (bardziej jak Globisz niż jak Wilhelmi ;-)). Może więc nie jest źle i dobrze zrobiłam czekając? I następne &quot;ale&quot; się rodzi. Na co teraz czekam? Czemu teraz nie jestem w stanie zdecydować się na ten krok? Czyżbym podświadomie czekała na coś jeszcze? Ale na co? Na lepsze życie? Na pracę? Młodsza się nie robię, bieli na ślubie już raczej używać nie powinnam, więc nie wiem co mnie powstrzymuje. Może to odwieczne robie na złość - wszyscy mówią tak to ja inaczej. A może faktycznie czekam na jakiś sygnał? Tylko jaki...?
Niedawno odbyłam pewną rozmowę z pewną osobą, która po wielu latach małżeństwa powiedziała mi otwarcie, że gdyby nie pewne wspólne zobowiązanie to już dawno byłaby po rozwodzie. Jedna rzecz trzyma ich razem, choć wcale nie jestem pewna czy jej mąż zdaje sobie z tego sprawę. Osoba ta otwarcie mówi, że czas na mój ślub jednocześnie po cichu mówiąc, żebym może jeszcze pomyślała. Żebym upewniła się, co do pewnych &quot;szczegółów&quot;. Obłuda czy dobre rady? Nie wiem... niewątpliwie jednak dają do myślenia.
Wracając do stwierdzenia z imprezy - gdyby wierzyć w jego słuszność, już dawno powinniśmy być po ślubie. Jednak dalej jest chyba we mnie jakaś bariera. Jakaś chęć bycia niezależną. I choć wiem, że w życiu nie skorzystam z tej furtki, to jednak czuję się pewniej mając ją. Z drugiej strony mam poczucie, że nie zniewoliłam swojego partnera, że on też w każdej chwili może się wycofać i powiedzieć &quot;papa&quot;. Czy to dobrze? Znowu nie wiem. Ale może przez to bardziej się staramy być dla siebie, skoro mamy świadomość ulotności chwili? A może właśnie to jest ostatnie ogniwo, które musimy połączyć, żeby zobaczyć jacy jesteśmy naprawdę? Co się zmieni gdy już nie będzie odwrotu (innego niż rozwód)? Czy nadal będzie idealnie? Czas pokaże... w końcu i na nas przyjdzie kiedyś kolej...
</description><pubDate>Tue, 27 Oct 2009 13:57:19 +0100</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/10/27/slub/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Buty</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/27/buty/</link><description>Jako, że jesień już pełną gębą to nastał czas na kupno jesiennego obuwia. Wszystkie posiadane przeze mnie &quot;jesienno-wiosenne&quot; pary mają już swoje lata i jako takie przeciekają. Najzwyklej w świecie biorą wodę i trochę mało jest to praktyczne. Postanowiłam więc kupić nowe. A właściwie sytuacja mnie zmusiła (i Mój Mężczyzna, który też sobie kupował buty na jesień). Problemem jest, że nie każde buty mi się podobają i nie w każdych bym chodziła. Rozpoczęło się więc polowanie...
But jesienny po pierwsze musi być wodoszczelny. Co oznacza, że moje ulubione zamszaki odpadają w przedbiegach... A więc skóra. No to przynajmniej to jest ustalone. Dalej... powinny się jako tako prezentować. To się da załatwić, zwłaszcza wiedząc jaki styl mnie interesuje ;-) No i na końcu - muszą być wygodne. Tu już zaczyna się problem poważniejszy, bo co znaczy wygodne? To znaczy, że muszę je móc włożyć na nogę i chodzić powiedzmy przez... cały dzień? Czy ktoś zna takie buty? Otóż mi się wydawało, że znam. Nazywają się Martensy (Dr Martens) i całe życie marzyłam o takich. Co więc stało na przeszkodzie, żeby sobie sprawić? Teoretycznie nic... A jednak...
Otóż w piątek, po długich bojach, stałam się posiadaczką niesamowicie drogich butów typu &quot;Ósemka Martensa&quot;. Kolor nie jest bez znaczenia... są one mianowicie... żółte :-) Takie właśnie jak te tutaj. Tylko, że jak się okazuje posiadanie ich to nie jest to raj ani szczyt rozkoszy, jak to sobie wyobrażałam :-( Otóż problem tkwi jak zawsze w szczególe. Szczegół jest drobny, acz uciążliwy, mianowicie buty te są za ciasne na mnie! Jak to się stało? Historia jest krótka: poszliśmy do sklepu i niestety zdążyliśmy wejść na jakieś pół godziny przed zamknięciem. Poprzymierzałam kilka par, jedne urzekły mnie wyjątkowo mocno, ale cena zwaliła z nóg, więc odpadły. No i zostały te. Ale do przymierzenia były w rozmiarze 5, a ja potrzebuję 6. Jako, że pani już zamyka, to mogę przymierzyć te obok - bordowe, które są &quot;identyczne&quot;. No te były za duże, zdecydowanie. Skoro identyczne są za duże to pewnie te będą dobre. Na odczepnego przymierzyłam jeden z pary, którą chciałam kupić i okazuje się, że wcale nie są takie identyczne, bo są za małe. Ale &quot;to skóra, więc się rozciągnie i będą dobre!&quot;. Drugiego już nie przymierzyłam, zapłaciliśmy i wyszliśmy. W domu spróbowałam założyć oba, bo przecież jakoś rozchodzić je muszę. Taaa... założyć... oba... Prawy wcisnęłam na siłę z bólem, lewy nie wszedł wcale. Decyzja - idziemy oddać z samego rana, albo wymienić na większe.
Dzień następny (sobota) okazał się niespodziankowy - nie można wymienić, bo nie mają większych. Nie można oddać, bo nie oddadzą kasy, co najwyżej mogą dać talon na inne buty. No to poprzymierzałam inne, ale w żadnych nie ma mojego rozmiaru. Cóż więc zrobić? Ustawowo mam 10 dni na wymianę, ale nie mogę wyjść w nich na dwór. Z resztą jak mam w nich wyjść, skoro nie mogę w nie wejść?! Pani w sklepie poradziła - sposób na reklamówkę. Jak nie możesz wejść w but, włóż na nogę reklamówkę i wtedy się zmieścisz! Proste, nie? W ten sposób but został wciśniętym na mnie, a właściwie ja (wśród bólu i jęczenia) zostałam wciśnięta w but. Ponoć na długość są dobre, więc reszta &quot;się rozbije&quot;. Tylko muszę w nich chodzić po domu co najmniej godzinę dziennie... przez jakieś 2 miesiące... No to sobie kupiłam buty na jesień! Do zimy będę je rozchadzać, potem poleżą w szafie do wiosny aż znowu się okaże, że są za małe. A w tym czasie przepadnie mi szansa na oddanie ich, bo to tylko 10 dni przecież!. No ale czego się nie robi dla butów, nie? Obiecałam sobie, że jeśli przez te 10 dni od zakupu buty się nie rozciągną tak, żebym mogła w nich wyjść na dwór to idę i mają mi dać kupon na inne buty. Za drogo kosztowały żeby miały stać w kącie i przypominać mi o głupocie nie przymierzenia butów przed kupnem! Tymczasem więc siedzę w za małych butach i reklamówkach na nogach i szukam sposobu jak rozciągnąć buty w miejscu przyszycia języka do reszty.
Może ktoś z szanownych czytelników ma pomysł na to? Najlepiej bezinwazyjny (walenie młotkiem odpada, bo nie oddam ich potem już). A tak bardzo chciałam mieć wygodne Martensy w dziwnym kolorze :-(
</description><pubDate>Sun, 27 Sep 2009 17:12:33 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/27/buty/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Jesiennie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/19/jesiennie/</link><description>Nadciąga jesień. Jest już przyjemnie chłodno choć słońce nadal dość intensywnie świeci. Dni coraz krótsze, więc i wyspać się łatwiej. Szkoda tylko, że równie szybko zbliża się jesienne przemęczenie i doły humorowe. Ot, czas nostalgii.
Dla niektórych to powrót do szkoły, choć ja uczęszczam już od kilku ładnych tygodni i zaczynam już marzyć o końcu kursu (choć to dopiero w stydzniu). Do tego z każdym tygodniem, a nawet dniem, jesteśmy bliżej powiększenia rodziny. Co za tym idzie namnażają się wydatki, zarówno te związane z Młodą i jej potrzebami, jak i te coroczne jesienne (typu kupno butów, porządki w szafach itd.).
Przy okazji, wraz z nadciąganiem nowego roku zaczynają się &quot;sypać&quot; nowe pomysły i nowe propozycje. Nowe miejsca do odwiedzenia, nowe wyzwania, nowe sprawy do załatwiania, nowe osoby do poznania. Nowy rok. I mam pełną świadomość, że mało kto myśli we wrześniu o tym co go czeka w styczniu, ale jakoś ten rok upływa mi głównie na planowaniu co będzie potem, więc tak jakoś wyszło, że z utęsknieniem niemalże czekam na nowy rok, gdy już wszystko się (mam nadzieje) jakoś wyklaruje i ułoży. Ten rok zaliczyć mogę do tzw. przeczekiwania, następny mam nadzieję, będzie już działaniem.
Czego sobie i wszystkim dookoła życzę.
</description><pubDate>Sat, 19 Sep 2009 13:42:18 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/09/19/jesiennie/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Przerwa w imprezie</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/22/przerwa-w-imprezie/</link><description>Impreza trwa w najlepsze. Chłopaki przyszli się napić wódki na sposób polski i zjeść coś dobrego. Jako przerywnik w imprezie poszli pograć w Wii. A ja siedzę sobie samotnie w salonie i zastanawiam się co by tu porobić.
Owszem mogłabym się do nich przyłączyć, ale sądzę, że i tak 1 gitara na 3 chłopów to za mało ;-) Z resztą nie chce mi się wstawać z sofy żeby tam iść. Posiedzę i pomarudzę jak zwykle, w końcu dawno nic smętnego nie pisałam ;-)

Poszłabym spać, ale gospodyni nie wypada ;-( Zmęczona jestem strasznie. Nie wiem czy to normalne, ale ponoć tak. W tym stanie już się tak ma... Strach pomyśleć co będzie za tydzień, gdy szykuje się nam 4-dniowe weselisko. A ja po jednym dniu padam na twarz... Chyba muszę znaleźć jakies &quot;dopalacze dla ciężarówek&quot; żeby to przetrwać ;-) Całe szczęście, że nad salą weselną są pokoje dla gości, to będę mogła iść na chwilkę i przespać się w trakcie.
Ogólnie nieco przeraża mnie wizja tego wesela i wielkich planów jakie są z nim związane. A najbardziej przeraża mnie fakt, że coś podobnego Teściowie chcieli by zaproponować też nam! Nie widzę siebie w roli czterodniowej Panny Młodej wśród tłumu ludzi, których nie znam lub znam bardzo słabo. Nie wyobrażam sobie też siebie w trakcie takiej imprezy - głupie zabawy zwyczajowe, w których ciężko się doszukać sensu. Wolałabym coś cichego, skromnego, spokojnego... Marne szanse... I to ma być najwspanialszy dzień mojego życia?! Zabawa, która mnie nie bawi... Szykowanie przyjęcia pod rodzinę i płacenie za to, bo inaczej się obrażą... Nie ogarniam za bardzo - oni dla mnie czy ja dla nich? Jakie ma znaczenie, że ciotka Gienia czy wujek Zenek się na mnie obrazi, skoro aż do teraz nie miałam okazji ich poznać? Czy naprawdę nie można bawić się na weselu kulturalnie i w towarzystwie w jakim ja chcę a nie w jakim powinnam? Czyżbym aż tak odbiegła już od mentalności polskiej, że nie rozumiem czemu ma się ze mną weselić człowiek, którego pierwszy i ostatni raz widzę na oczy, a który ponoć jest moim dziesiątym kuzynem ze strony pradziadka? Czasem chciałabym żeby mi ktoś wyjaśnił zasady działania wesel, w sposób rozumowy a nie &quot;bo tak trzeba&quot;, &quot;bo tak wypada&quot; czy też &quot;bo tak się robi&quot;. Jestem prostą osobą i w prosty sposób chcę zrozumieć zasadę &quot;bo tak&quot;. Czy to takie trudne do zrozumienia? Ja tylko chciałabym się weselić w gronie ludzi mi bliskich - rodzina, którą znam i lubię, znajomi i przyjaciele, którzy są dla mnie ważni... a nie ci, których wypada zaprosić. &quot;Bo tak&quot;.
</description><pubDate>Sat, 22 Aug 2009 22:05:07 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/22/przerwa-w-imprezie/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Dywagacje przyszłościowe</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/12/dywagacje-przyszlosciowe/</link><description>Czasem gdy człowiek ma za dużo czasu to zastanawia się nad różnymi pierdołami. Choć często te pierdoły nie są tak do końca bez znaczenia, ale jednak spokojnie można przejść nad nimi do porządku dziennego. Wczoraj brat przysłał mi filmik z TEDa i jak to zwykle bywa z tego typu filmikami skłonił mnie on do refleksji nad swoim życiem.
Jako wykształcona Geograf-Urbanistka mam słabość do tego typu filmików i dyskusji. Z drugiej strony jako bezrobotna kura domowa staram się znaleźć w swoim życiu jakiś cel. Wykształcenie a &quot;zawód wykonywany&quot; w moim przypadku to dwa odmienne światy, czego bardzo mocno żałuję. Co jakiś czas udaje mi się zapomnieć jakie miałam pragnienia niecałe 10 lat temu, gdy jako studentka śmiało kroczyłam do przybytku wiedzy po następną porcję informacji. To samo dotyczy jakichś 5 lat temu gdy już po skończeniu wielu szkół i podjęciu pracy zdecydowałam się na coś nowego. Staram się nie myśleć jak moje życie potoczyłoby się gdybym te 5 lat temu nie powiedziała &quot;czas na nowe&quot;, choć oczywiście nie jest łatwo, bo człowiek jest stworzony do gdybania ;-)
Przyszedł w końcu czas aby zastanowić się nad sobą. Co tak naprawdę chcę w życiu osiągnąć? Co już osiągnęłam a co chcę robić jeszcze? Bo jak na razie to mam wrażenie tonięcia i łapania się wszystkich możliwych okazji aby utrzymać się na powierzchni. A przecież nie o to w życiu chodzi żeby dryfować. Chcę czegoś więcej, chcę coś osiągnąć. I chcę wiedzieć, że to jest to czego chcę.
Zaraz usłyszę pewnie, że kobiety w ciąży tak mają. Że powinnam się cieszyć, bo &quot;coś&quot; po mnie zostanie w sensie dziecko. Czy naprawdę nie mam większych aspiracji? Pewnie,że mam, tylko co z tego. Mój misterny plan sprzed paru lat już dawno przestał być aktualny. A każdy nowy szybko traci na aktualności. Potrzebuję czegoś, co zmotywuje mnie do skończenia rzeczy pozaczynanych i do powiącania tego wszystkiego w jakąś jedną sensowną całość. Czyli jednym słowem potrzebuję pomysłu na siebie. I taki pomysł wczoraj mi zaświtał. Bardzo ambitny pomysł. Pewnie nawet zbyt ambitny, biorąc pod uwagę mój charakter ;-) A mianowicie po obejrzeniu filmiku i po zastanowieniu się o co w moim życiu tak naprawdę chodzi, doszłam do wniosku, że chciałabym być kimś. Nie byle kim, ale Kimś. Dokładnie wczoraj sprecyzowałam kim - Stevem Jobsem urbanistyki :-). Brzmi groźnie? Bo jest. I jest bardzo trudne do wykonania. Wręcz niemożliwe. Dlatego pewnie za kilka dni wrócę do rozmyślań, że będę dożywotnio kurą domową i tyle.
Skąd akurat Steve Jobs? Bo to chyba jedyny facet na świecie, który potrafi przekonać tłumy do swoich pomysłów. Potrafi wmówić ludziom, że iPhone to świetna rzecz, że maczki są najlepsze i że iPod nie ma sobie równych. Słowo klucz tutaj to przekonać czy też wmówić. Chciałabym tak jak on umieć mówić ludziom jak ważna jest przestrzeń, w której żyjemy. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że przecież szukając dla siebie miejsca na ziemi bierzemy pod uwagę nie tylko samo mieszkanie ale też okolicę, w której ono jest. Szukamy czegoś ładnego, zadbanego, blisko dobrej komunikacji, gdzie nie będziemy się nudzić i gdzie będziemy bezpieczni. Chciałabym mieć taką siłę słowa, aby uzmysłowić ludziom, że to gdzie żyją zależy również od nas samych, od tego czego chcemy i co robimy w tym kierunku. Nie tylko od tego co zaprojektuje architekt czy urbanista, ale od tego czego my sami chcemy i do czego dążymy. Tylko, że na razie nikt nie słucha takich słów... A już na pewno nikt nie posłucha takiego nikogo jak ja. I z tym muszę coś zrobić. Muszę ułożyć plan działania i spróbować dojść do tego, żeby za te 10-20 lat móc stanąć przed ludźmi i powiedzieć - &quot;słuchajcie, tak powinniśmy zrobić&quot;, a oni posłuchają. Bo tak dalej być nie może z moim życiem, że tylko siedzę i odhaczam kolejny dzień kalendarza, tudzież odkreślam następne wykonane zadanie z kursu, który zupełnie mnie nie interesuje i nie bawi.
&quot;Bo to wszystko nie tak, nie tak, nie to...&quot;
</description><pubDate>Wed, 12 Aug 2009 13:23:18 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/12/dywagacje-przyszlosciowe/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Komórka</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/03/komorka/</link><description>I jak zwykle po długiej ciszy następuje temat zastępczy ;-) Dziś na tapetę wchodzi komórka, czyli telefon. Obecny abonament mam do października, ale ponoć już teraz mogę go przedłużyć i wybrać nowy telefon. Właśnie... wybrać... Dajcie kobiecie w ciąży problem a będzie miała zajęcie na kilka, kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt dni ;-)
No bo niby co takiego trudnego jest w wyborze nowego aparatu? Wiadomo - ma się dać dzwonić, ma się dać smsować, ma się dać mmsować (z racji rychłego potomstwa trzeba będzie wysyłać dziadkom zdjęcia Małej) a co za tym idzie ma się dać zrobić zdjęcie. I co więcej potrzeba? Kalendarz, owszem. Może jakieś notatki... Budzik koniecznie. No i jeszcze jakieś gry na nudne czekanie na autobus. I to chyba tyle? Można powiedzieć, że praktycznie każdy telefon ma takie funkcje lub coś w podobie. Co więc wybrać...
Zacznijmy od firmy. Nie lubię Motoroli, więc odpada w przedbiegach. Do tej pory używałam tylko Sagema (jako pierwszego ;-)), Nokii (kocham ją wręcz) no i ostatnio Sony-Ericsson (z racji promocji i kraju przebywania). Jeszcze biorę pod uwagę Appla, z racji nałogowego użytkowania iPoda, który jest cudny. Reszty nie znam, więc chwilowo odpuszczam ;-) A z tych, które znam to zdecydowanie wygrywa Nokia. Wybieramy więc dalej
Wybór zaczęłam od strony sieci. Przegląd dostępnych modeli utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mam pojęcia czego chcę :-( Typowe, nie? Popatrzyłam więc na wybór Mojego Ukochanego, który jako &quot;Maczkofan&quot; wybrał iPhona. Patrzę, patrzę, patrzę... No niby fajny, ale... no cena nie bardzo... Jeszcze jeden taki budżet powinien wytrzymać, ale na dwa nie ma szans... Co więc innego? Może coś podobnego? A co jest podobnego do iPhona i należy do sensownych firm? Popatrzyłam więc na 5800. Nokia, więc wiem w co się pcham. S60 - brzmi super :-) A reszta? Reszta jest na youtube i tysiącach stron recenzjujących telefony. I to chyba będzie mój wybór. Cenowo da się przeżyć (a to obecnie bardzo ważne), na półtora roku powinno wystarczyć (mam nadzieję) no i bajer fajny, bo i muzyki można posłuchać i książkę poczytać... Pytanie jest tylko jedno - czy ma coś na kształt Walk Mate'a, do którego przywykłam w moim W595 i który jest chyba jedyną aplikacją, która podbiła moje serce w SE? Tego jeszcze muszę się dowiedzieć zanim zdecyduję ostatecznie.
Został jeszcze tylko jeden, najważniejszy i najtrudniejszy wybór... Niebieski? Czerwony? Czy czarny? ;-)
</description><pubDate>Mon, 03 Aug 2009 16:18:46 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/08/03/komorka/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Bawiąc uczyć</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/07/23/bawiac-uczyc/</link><description>Kolejne podejście przede mną. Ja, jako człowiek nie znoszący nudy, wynajduję sobie różne ciekawe zajęcia (co było do udowodnienia). Dziś miał miejsce następny krok w walce z nudą, a mianowicie wizyta w sklepie, o wszystko mówiącej nazwie &quot;Game&quot;.
Żeby już całkowicie pogrążyć się w robieniu czegoś, kupiłam grę. Gra jest niebylejaka, gra jest stara. Może nawet ktoś ją nawet pamięta... nosi nazwę &quot;Black&amp;White&quot;. Fabuła jest oczywiście prosta - jesteś bogiem i rządzisz ;-) Ale nie to jest w tej grze fenomenalne. Otóż gra jest... po szwedzku! To już moje kolejne podejście do gry w tym języku, poprzednie (&quot;Spore&quot;) jak się okazało wykrywa język systemu, więc moja nauka poszła w las ;-) Tym razem proces instalacyjny oraz wszystkie napisy na pudełku świadczą, że może będę mieć więcej szczęścia i wreszcie pouczę się słówek.
A dlaczego tak mnie to cieszy? Bo wszyscy dookoła mają już dosyć mnie szukającej kolejnej rzeczy dla Maleństwa i faktycznie czas najwyższy żebym zaczęła zajmować się czymś innym. A cena &quot;Simsów 3&quot; podskoczyła o ponad 100 koron, dzięki czemu nie stać mnie na nie tym bardziej... ;-)
Tak więc udaję się teraz w odmęty innego świata, aby poprzez zabawę w boga uczyć się języka ciągle jeszcze dość obcego ;-) Życzcie mi powodzenia! ;-)
</description><pubDate>Thu, 23 Jul 2009 18:12:48 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/07/23/bawiac-uczyc/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Najazd Rodzinny</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/07/12/najazd-rodzinny/</link><description>Najazdy Rodziców i Teściów wiąże się z różnymi ciekawymi spostrzeżeniami.
Teoretycznie przyjeżdżają po to, aby spotkać się z nami, odpocząć z nami, pozwiedzać z nami, itp. Z nami. Ale zanim przyjadą trzeba posprzątąć, przygotować wszystko, zaplanować czas, itd, itd. Tak więc na odpoczynek nie bardzo jest czas i sposobność. A później są. I też trzeba się nimi zająć, jakoś zorganizować czas. Ale ogólnie zabawa jest fajna, nie?
Gorzej, gdy nagle okazuje się, że nasze plany i pomysły nie do końca odpowiadają założeniom Rodzin. I wtedy nagle okazuje się, że nie wszystko jest tak cudownie, że coś zgrzyta, że nagle chcemy by czas przyspieszył i żebyśmy znowu byli sami. I nie ma znaczenia jak bardzo cieszyliśmy się na przyjazd wspomnianych. Nie ma też znaczenia jak bardzo ich kochamy czy lubimy. Faktem jest, że po pewnym czasie mieszkania samodzielnie, człowiek ma inne poglądy na wszystko i inaczej organizuje sobie życie. A &quot;stare&quot; rodzinne pzyzwyczajenia jakoś odchodzą w niepamięć. Naszą niepamięć, bo Rodziny doskonale pamiętają. W końcu oni cały czas tak żyją.
I tu zaczynają się schody, bo gdy my chcemy im pokazać coś innego, oni nadal wierzą, że stare jest dobre. Nie wszyscy są otwarci na nowości, nie wszystko wszystkim pasuje. Nie każdy musi lubić to samo i nie każdy tak samo postępuje. A właściwie każdy robi wszystko inaczej. I tak oto okazuje się, że istnieją pewne rozbieżności w zachowaniu. I jeśli dochodzi do tego jeszcze druga część Rodziny - partner/partnerka, która to osoba wychowana jest nieco inaczej, to okazuje się, że bardzo ciężko jest znaleźć wspólny front. I nagle nic już nie jest takie jak było w domu. I nagle zaczynamy myśleć o powrocie ( &quot;pojedźmy już&quot;, &quot;niech już pojadą&quot;, &quot;tęsknię za domem&quot;, ...). A potem następuje rozstanie, chwilowa ulga i... żal, bo przecież tylu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić, tak krótko byli, tyle jeszcze trzeba obgadać...
A w związku z mającymi nastąpić w grudniu narodzinami nachodzą mnie różne myśli. Pojawi się nowa istota. Pojawi się nowy charakter. Pojawią się nowe problemy i pojawią się nowe &quot;stare&quot; przyzwyczajenia. I następne konflikty w wychowaniu czy przyzwyczajeniach. I rodzi się pytanie - czy tak naprawdę musi być? Czy nie ma jakiegoś sposobu na uniknięcie &quot;gadania&quot;? Czy jest jakiś sposób żeby wychować dziecko tak, żeby za te kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, w chwili wyprowadzki z domu na własne i trochę po tym czasie, żeby po tych wydarzeniach odwiedziny Rodziny nadal były czymś miłym a nie problematycznym? Czy zawsze już będzie tak, że przyjazd Rodziny będzie się wiązał ze stresem, niepotrzebnym udawaniem i planowaniem co by się spodobało a czego unikać?
Chciałabym być Matką, która będzie mile widziana w domu potomstwa. Chciałabym być osobą zapraszaną z sercem i taką, której przyjazd jest czymś fajnym a nie stresującym. Żeby autentycznie wiązał się z radością, a nie obowiązkiem. Żeby moje dzieci wiedziały, że nie muszą się specjalnie dla mnie starać i udawać czegoś czego nie ma. Że kocham je takie, jakimi są a nie jakimi wydaje im się, że chciałabym by były. :-)
Chciałabym też wychować swoje dziecko/dzieci na ludzi otwartych a jednocześnie nie chcę, żeby ktoś swoim zachowaniem starał się ich urazić. Owszem, mogę tłumaczyć czy nauczyć Młode, że ludzie są różni, ale jak przygotować ich na to, że ten sam człowiek może być jednocześnie kimś miłym i ważnym, a z drugiej strony wbić szpilę? Jak mogę tego nauczyć, skoro sama, przez tyle lat nie zdołałam tego zaakceptować? Jak wychowywać dzieci?
</description><pubDate>Sun, 12 Jul 2009 14:42:05 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/07/12/najazd-rodzinny/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Wakacyjne zajęcia</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/06/21/wakacyjne-zajecia/</link><description>Z braku lepszych pomysłów zapisałam się na kursy wakacyjne. W końcu coś trzeba robić, a w obecnym stanie nikt mnie i tak nie zatrudni. Mając więc do wyboru siedzenie i nicnierobienie oraz produktywne wykorzystanie kilku(-nastu) tygodni wakacji, postanowiłam zapisać się na Uniwersytety i &quot;uczęszczać&quot; na zajęcia.
&quot;Uczęszczanie&quot; polega na włączeniu komputera, poczytaniu forów gdzie jest napisane co zrobić na następny tydzień oraz (oczywiście) na zrobieniu tego. I o ile jeden z kursów podoba mi się bardzo, o tyle wydaje mi się, że gdy wybierałam drugi, ktoś wyłączył mi mózg. Pierwszy to Web Design, czyli siedzę i dłubię w HTMLu i CSS i jak zdążymy to może czymś jeszcze. Zabawa jest fajna, tym bardziej, że z każdej niemalże strony mogę liczyć na pomoc uczynnych ludzi, którzy wyjaśnią mi, że wstawianie pdfa czy flasha nie jest tak trudne jak się może wydawać. Natomiast drugi kurs...
Drugim kursem jest HR, czyli Human Resources, czyli po ludzku nauka o zarządzaniu ludźmi. Kadrowa znaczy się. Z początku brzmi ciekawie, w końcu fajnie jest się dowiedzieć jak to wszystko działa w firmie, jak się dobiera pracowników, jakie są strategie, itp. Z początku... Bo później okazuje się, że to wcale nie o to chodzi. A o co chodzi, nie wiem. Nie jestem w stanie zrozumieć. Najpierw myślałam, że to kwestia brakujących słów w języku (bo oczywiście, uczę się tego w języku obcym, żeby było ciekawiej), ale to raczej nie to. Raczej chodzi o to, że nie łapię zupełnie o co w tym chodzi. Czytanie podręcznika jest torturą, artykuły wydają mi się totalnym bełkotem o niczym, itd. Zupełnie jak oglądanie wypowiedzi polityków i próbowanie zrozumienia o czym mówią. Nic, zero, kompletna pustka. I nie ważne ile razy przeczytam artykuł, on nadal jest dla mnie o niczym. A współtowarzysze niedoli się zachwycają. Że to taki fajny kurs, że wszystko łatwo i klarownie opisane, że książkę łatwo zrozumieć, że ach i och. I zwątpiłam. W siebie i w swoją inteligencję. Bo dla mnie naprawdę nie ma różnicy między strategic HRM a HR strategy w opisach. Językowo owszem, widzę, że to nie to samo, ale jaka jest różnica w znaczeniu?! Koszmar... I to koszmar, z którego nie mogę się wyplątać, jeśli chcę dostać stypendium, a co gorsza muszę przetrwać aż do 33 tygodnia, czyli do połowy sierpnia, kiedy to mam z tego egzamin. Egzamin z bzdur, który muszę zdać, albo kasa do zwrotu! Z kimś musiałam się na rozumy pozamieniać, gdy wybierałam ten kurs...
</description><pubDate>Sun, 21 Jun 2009 18:00:39 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/06/21/wakacyjne-zajecia/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Pracoholizm</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/28/pracoholizm/</link><description>Skończyłam rok szkolny. Zaczęły się wakacje. I nagle (jak zwykle) okazało się, że nie mam co robić. Chyba faktycznie jestem pracoholiczką. Mam wakacje od wczoraj a już zaczyna mi brakować codziennej rutyny. To się powinno leczyć!
Siedzę w domu i obmyślam co robić z nadprogramowym czasem. Myślałby kto, że 31-letnia kobieta nie będzie miała takich problemów... zwłaszcza będąc w ciąży i mając do napisania doktorat. A tu akurat jest nieco inaczej. Pracować nie mogę, bo jakoś nie bardzo chcą zatrudniać sprzątaczki z brzuchem. Pisać mogę, ale nie wiem czy jest po co, skoro promotor się obraził (chyba?). I nadal nie wiem czy mnie przyjmą na następne studia czy też nie bardzo... Do tego wszystkiego dochodzi mi jeszcze wrodzone lenistwo i warunki klimatyczne (czyt. raz mi za ciepło a raz za mokro ;-)) i już mam gotową receptę na marudzenie. O ciąży nawet nie wspominam, bo przecież to zbyt oczywiste, że w ciąży się marudzi ;-). A ja bym chciała zrobić coś. I to nie jakieś zwykłe coś, ale &quot;coś&quot;. Coś fajnego, coś zajmującego, coś co by mi się spodobało i miało sens. Takie właśnie &quot;coś&quot;. Tylko co to jest? Echh...
W poniedziałek jadę do Polski. Może tam coś wymyślę, choć wątpię. Tam będę rozpieszczana przez rodzinę i po paru dniach zapewne będę miała już serdecznie dość wszystkiego ;-). Niestety nawet najbardziej kochana rodzina w nadmiarze może być przesadą. A co jeszcze robić? Znajomi albo już jadą na urlop albo w inny sposób nie będą mieli czasu/chęci się ze mną spotkać (jak znam życie). Zostanie mi więc odwiedzne spacerowanie po księgarniach i mizianie kotów. Będzie fajnie, prawda??
Coś przygnębiający nastrój mnie dopadł. A przecież jest ok. Wszystko się jakoś układa. Wszystko jest jak być powinno. W końcu tak ułożony jest świat... ;-)
</description><pubDate>Thu, 28 May 2009 21:27:48 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/28/pracoholizm/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Ikeowe potyczki</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/24/ikeowe-potyczki/</link><description>Jako że mieszkamy w ojczyźnie Ikei, oczywistym jest iż korzystamy czasem z tego przybytku. Jest stosunkowo tanio i nie najgorzej, więc czemu nie? Jednak do przemyśleń na temat jakości wyrobów i dalszej obsługi klienta skłonił mnie wypadek sprzed kilku dni, kiedy to w środku nocy zarwał nam się ikeowy regał. A było to tak...
Pewnej nocy w niedalekiej przeszłości obudzeni zostaliśmy straszliwym łomotem. Po pobieżnym sprawdzeniu niczego nie odkryliśmy, ale też sprawdzanie miało miejsce w kuchni a nie w pokojach. Rano ze zdumieniem odkryłam, że pokój kinowy jest w całości zawalony książkami, które w normalnych warunkach powinny znajdować się na regale. Dalszym etapem wizji lokalnej było zrozumienie dlaczego owe książki są na ziemi i co się stało z regałem, że go praktycznie nie widać?!
Po dokładniejszym zapoznaniu się z sytuacją okazało się, że uchwyty trzymające półki popękały i zarwały regał. Dodać należy, iż uchwyty te były kluczowym elementem utrzymującym cały regał (typ Omne). Tak więc postanowiliśmy wybrać się do Ikei w celu nabycia zapasowych elementów (co, jak każdy bywalec Ikei wie, nie powinno nastręczać żadnych problemów). Okazuje się jednak, że to nie do końca prawda. Otóż łatwo jest dokupić brakujące elementy, łatwo też jest odsprzedać Ikei rzecz niechcianą lub zepsutą. Ale jest jeden warunek - Ikea musi w dalszym ciągu produkować dany przedmiot. I to nie jest już takie oczywiste.
Nasza próba dokupienia uchwytów trwała dwa dni, gdyż pierwszego dnia pojechaliśmy zaopatrzeni jedynie w pogląd własny czego szukamy oraz świadomość gdzie to powinno leżeć i jak się mniej więcej nazywa. Nie wystarczyło to jednak do zidentyfikowania zzepsutych elementów. Następnego dnia ponowiliśmy próbę, tym razem biorąc ze sobą jedną półkę na wzór. I tego właśnie dnia nauczyliśmy się, że nie wszystko jest powiedziane od początku. A mianowicie regały owszem były, ale się skończyły. Dokładnie w kwietniu przestali produkować ten typ i od tej pory ani półek, ani boków, ani nawet marnych maleńkich uchwytów nie można już dokupić, bo nie ma i już. Gdybyśmy mieli paragon, że kupiliśmy ten regał w Ikei, to moglibyśmy go odsprzedać (do 3 lat od kupienia) i nie byłoby problemu. Tylko, że w międzyczasie kilka razy się już przeprowadzaliśmy i ostatnią rzeczą jaką pilnowaliśmy były paragony od regałów kupionych w innym kraju. Moooożeeee gdzieś by się znalazł paragon za kilka dokupionych półek z zeszłego roku, ale to też nie rozwiązałoby naszego problemu tak do końca. Skończyło się więc na tym, że regał rozebraliśmy i na tutejszej Gratce kupiliśmy zestaw innych regałów (też Ikea, ale za to 5 w cenie 1 ;-)) i od wczoraj urządzamy mieszkanko na nowo.
Innym przykładem tego samego zagadnienia jest następny nasz zakup, a właściwie chęć wymienienia (czyli dokupienia nowego) obicia do istniejącej sofy typu Ektorp. I gdyby to był zwykły Ektorp to by było proste, ale my akurat mamy sofę rozkładaną do łóżka, czyli wariant &quot;gościowy&quot;, bo gdzieś nasi przyjezdni muszą przenocować... I właśnie ten model sofy w chwili obecnej jest już wycofywany z rynku, więc obicie można (jeszcze!) zamówić wysyłkowo. Jak to bywa, rzeczy szyte na miarę i wysyłkowe są nieco droższe niż by to było w sklepie (choć nie aż tak dużo droższe). No i trzeba czekać miesiąc na nowe obicie. I wybór też coraz skromniejszy, bo komu by się chciało coś takiego szyć z innych materiałów niż podstawowe? I znowu przyjdzie nam wymyślić coś innego (może uszyjemy u krawcowej? może sprzedamy tą kanapę i kupimy nowszy model jakiś?). I znowu Ikea stworzyła nam niezaplanowany problem z meblami. Ciekawi mnie co następnego wyrzucą nam z asortymentu, do czego jeszcze nie będziemy w stanie dokupić brakujących/zepsutych części...
Niby z jednej strony dobra polityka, bo zmusza do wymiany mebli raz na jakiś czas, ale z drugiej strony jeśli coś jest dobre to czemu to zmieniają? Nie mogą zwyczajnie dodać następnego elementu obok już istniejących? Echhh...
Koniec marudzenia, czas iść układać książki na półkach i może wreszcie jakoś je skatalogować, skoro mamy okazję je poprzekładać ;-)
</description><pubDate>Sun, 24 May 2009 12:25:06 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/24/ikeowe-potyczki/</guid><category>Książki</category><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Szwedzki świat</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Odnośnik</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/14/odnosnik/</link><description>Jako, że nie chcę zaśmiecać tego tutaj tematami dzieciakowymi to zainteresowanych problemami ciężarnej w Szwecji zapraszam tutaj. A tu dalej będę pisać o pierdołach ;-)
I tyle na dziś.
</description><pubDate>Thu, 14 May 2009 14:26:23 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/14/odnosnik/</guid><category>Ogólne</category><category>Szwedzki świat</category></item><item><title>O niczym</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/06/o-niczym/</link><description>Jakoś tak nie mam pomysłu na pisanie, ale co jakiś czas odezwać się trzeba. Tak więc daję głos, że żyję i mam się dobrze. Oboje się mamy. Cała trójka w sumie. Wszyscy. No po prostu wszyscy.
W związku ze związkiem z istotą niewielką ciągle śpię. I to właściwie tyle z ważnych wydarzeń ;-). Śpię w pociągu, śpię w domu, śpię w autobusie... wszędzie i jak tylko się da. Gdyby mi pozwolili to spałabym też w szkole, ale jakoś tak dziwnie na mnie wtedy patrzą. Więc w szkole nie śpię (tak bardzo).

Poza tym jem. Wszystko jem. Co wpadnie w ręce. Poza oliwą z oliwek, bo ona jest niejadalna ;-). Reszta jest jadalna i praktycznie nie ma znaczenia czym jest. Byle było. Szybko, już teraz, dużo.
No to temat dziecka uważam za wyczerpany chwilowo ;-). Jak tylko się uda nie zasnąć to spróbuję wywalczyć w końcu udostępnienie (czyt. wyjaśnienie co i jak) nowego miejsca do marudzenia tylko o maleństwie. Tak, żeby tu był spokój i miejsce na inne tematy ;-). Nie to, żeby tych innych było jakoś mnóstwo, ale coś się wymyśli ;-)
No i chyba tyle na dzisiaj. Chyba, że ktoś ma jakiś fajny pomysł na temat pracy doktorskiej z zakresu GIS/migracje/populacja/itp. Mam jeszcze jakieś 10 dni na stworzenie planu, więc czasu mało. Liczę na każdą pomoc! ;-)
</description><pubDate>Wed, 06 May 2009 19:02:06 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/05/06/o-niczym/</guid><category>Ogólne</category><category>Przemyślenia</category><category>Z życia wzięte</category></item><item><title>Książki</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/04/24/ksiazki/</link><description>Miałam wpisywać recenzje, a przynajmniej oceniać te przeczytane, w ramach projektu. I co? I nic... Czytam i czytam a recenzji nie ma...
Tak więc dziś zbiorczo - to co pamiętam z przeczytanych w ostatnim czasie (czyli od czasu rozpoczęcia projektu). Może nie będzie jakichś długich recenzji, ale przynajmniej ocena i wyjaśnienie. Powinno wystarczyć ;-)

Na początek skala. Myślę, że 0-5 wystarczy, gdyż wydaje mi się, że poszczególne książki nie będą się od siebie strasznie różnić. Najwyżej dojdą połówki albo plusominusy.
No to do pracy!
1. Nigdziebądź. Neil Gaiman
Akcja toczy się w Londynie Pod. Sporo fantastyki, rzeczy nierealnych, ale z drugiej strony, jeśli by się niczemu nie dziwić, to wszystko się zdażyć może. Nikt jeszcze nie udowodnił, że Londyn Pod nie istnieje... Mogłabym tu opowiedzieć o wielkiej przygodzie, miłości, celu życia, itp. Ale po co? Mnie zainteresowała recenzja Sapkowskiego oraz okładka. A treść wciągnęła tak, że czytałam niemal ciurkiem. Fajne, naprawdę fajne. Polecam! 5/5


2. Gra anioła. Carlos Ruiz Zafon
Jeśli komuś podobał się Cień wiatru to i ta mu się spodoba. Barcelona jak żywa (warto po przeczytaniu książek Zafona pojechać i zobaczyć na własne oczy o czym mówi), malowniczo i mrocznie. Bohater to znowu postać, z którą można się utożsamiać, choć to brzmi trochę dziwnie, zważywszy na jego psychikę. Znów wątek miłosny, znów wątki książkowe. Stary Sempre z jego księgarną... Aż chciałoby się zajrzeć do tego miejsca. Poznać człowieka, dla którego książki to nie tylko kartki papieru... Może kiedyś ;-) A na razie zdecydowane 5/5 .


3. Heroizm dla początkujących. john Moore
Książka lekka, łatwa i przyjemna. Znowu miłość, znowu przygody. Znowu trochę fantastyki. I znowu fajnie się czyta. Zdecydowanie coś na poprawę humoru, niezbyt refleksyjnie ale za to śmiesznie. Ot książka jakich zapewne wiele, przeczytać, pośmiać się i odstawić. Dobrze odstresowuje i poprawia nastrój. 4,5/5


4. Księga zemsty dla miłośników zwierząt. Patricia Highsmith
Zbiór opowiadań, które skutecznie wyleczą czytelnika z okrucieństwa w stosunku do zwierząt. Lektura obowiązkowa, choć zdecydowanie nie dla dzieci. Sporo brutalności, sporo zemsty, sporo ludzkiej podłości i głupoty oraz mądrość zwierząt. Do dziś gdy widzę karalucha to przypomina mi się wizja hotelu. I pamiętajcie - nie wypuszczajcie chomików do ogrodu, chyba że naprawdę tego chcecie... 5/5

I była jeszcze co najmniej jedna, ale nie mogę sobie przypomnieć tytułu i autorki. Jak mi wróci pamięć to opiszę. A na razie wracam do pamiętnika Don Juana oraz opowieści o księdzu Groserze.
Miłej lektury dla wszystkich!
</description><pubDate>Fri, 24 Apr 2009 12:00:11 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/04/24/ksiazki/</guid><category>101/1001</category><category>Książki</category><category>Ogólne</category></item><item><title>Kwiecień plecień</title><link>http://agnieszka.deontology.net/2009/04/19/kwiecien-plecien/</link><description>Jak to się czasem dziwnie w życiu plecie.. Niby wszystko jest ok, aż tu nagle się okazuje, że może być lepiej albo jeszcze lepiej. A potem z najmniej oczekiwanej strony nadchodzą problemy i stres. I za chwilkę znowu jest dobrze albo i lepiej. To pewnie ta osławiona równowaga w naturze, bo innej odpowiedzi nie widzę.
Cały kwiecień to pasmo przeplatających się niespodziewanych wydarzeń. Począwszy od zdania testu, do którego podchodziłam już wiele razy i zawsze była odpowiedź negatywna. Aż tu nagle... pewnego sobotniego poranka... pojawiła się upragniona druga kreska :-). I wtedy właśnie, gdy stresować się już nie wolno - łup - historia z bratostwem... Gdy to już się uspokoiło i jakoś wyjaśniło, to przyszedł czas na wyprawę do Teściów, co zawsze niesie ze sobą pewną dozę niepewności...
Potem już spokojnie wróciliśmy do domku i kolejna sprawa - jak tu pracować ciężko fizycznie w oparach chemicznych, gdy pod żołądkiem rośnie mały człowiek?! I kolejna przykrość - czas rzucić pracę, którą się właśnie zaczęło, dla dobra Maleństwa... Lepsze zdrowie, mniej pieniędzy, coś za coś... Na szczęście w głowie dojrzewa następny pomysł na zarobek i może tym razem coś z tego wyjdzie... :-) Zobaczymy.
A gdy już wydawało mi się, że niespodzianki na ten miesiąc się wyczerpały, nastała kolejna sobota. I kolejna niespodzianka. I kolejna radość, która odbija się w prześlicznym diamencie na serdecznym palcu lewej dłoni. I tak oto, w ciągu jednego miesiąca, z kobiety &quot;wolnej&quot; jednoosobowej, nagle stałam się zaklepanym inkubatorem następnych pokoleń. I dobrze mi z tym. Szczęśliwa jestem! I może nie powinnam tego mówić głośno, bo cośtam, ale taka jest prawda. Jestem szczęśliwa! I nawet aktualne przykucie mnie do łóżka przez choróbsko nie zmienia tego stanu. Rośnie we mnie mały człowiek, koło mnie siedzi Mój Mężczyzna, z którym spędzę jakiś czas w stanie narzeczeństwa, a dookoła nas świeci słońce i świat się uśmiecha.
Życzę wszystkim choć jednego równie szczęśliwego dnia w życiu, jak moje co drugie soboty w kwietniu 2009. (i tylko kotów mi żal, bo w związku z potencjalną toxoplazmozą nie mogę wziąć biedy ze schroniska :-( )
</description><pubDate>Sun, 19 Apr 2009 14:03:05 +0200</pubDate><guid>http://agnieszka.deontology.net/2009/04/19/kwiecien-plecien/</guid><category>Ogólne</category><category>Z życia wzięte</category></item></channel></rss>